Po jednym z moich koncertów podszedł do mnie młody entuzjasta wyciskania wszystkich soków z syntezatorów analogowych i wyznał, że jest mile zaskoczony tym, co usłyszał. Wbrew pozorom nie komplementował jednak mojej muzyki - choć śmiem przypuszczać, że ta również przypadła mu do gustu. Chodziło mu o to, że nie spodziewał się, aby ktoś, kto żyje dwa razy dłużej od niego, grał... ambient. Cechą młodości jest wiara, że świat się zaczął od dziś... ewentualnie - w wyjątkowych sytuacjach - od wczorajszego wieczoru; ale przecież wystarczy w ramach ukochanej dziedziny, a zatem kierując się także ciekawością względem niej, poczuć chęć poznania jej bliżej, a nie tylko powierzchownie, aby szybko znaleźć podstawy do skorygowania własnej wizji świata, a zwłaszcza jego historii. Historia kołem się toczy, ale - jak to ujął pewien satyryk - nie każdy kół chce o tym wiedzieć. Owa cykliczność (nie kołowatość - wracam do powagi) daje się zauważyć na tyle często i wyraziście, że im człowiek starszy, tym jaśniej uświadamia sobie, iż tak naprawdę niewiele dzieje się rzeczy i spraw rzeczywiście nowych. Zmieniają się opakowania, czasem nazwy, najczęściej nazwiska kontynuatorów i spadkobierców, ale sedno jest w gruncie rzeczy to samo. Pewnie, że zdarzają się rewolucje, które w jakimś momencie historii przez jednych postrzegane są jako przełomowe i twórcze, a przez innych jako źródło krwi, potu i łez (pozwoliłem sobie sparafrazować fragment wypowiedzi innego "satyryka", którego nieszczęściem było zajmować się polityką, a nie kabaretem); ale gdy opadną związane z owymi przełomowymi wydarzeniami euforie jednych , a drugim zabliźnią się rany lub wyschną ich łzy na mogiłach ofiar takich wiekopomnych wzlotów, wtedy po cichu, bez fanfar i wiwatów należnych zmartwychwstaniu zza węgła historii wychyla się - na pozór nieśmiało, a po chwili całkiem jawnie, a niekiedy nawet bezczelnie - stara, dobrze znana tradycja, ale dla niepoznaki przystrojona w nowe szaty.
- to słowo wybuchło niedawno i zrobiło karierę na miarę sensacji, jaką mogły by być syjamskie... trojaczki, albo braterski "karpik" lub "niedźwiadek" czy choćby uścisk dłoni w wykonaniu obu dotychczasowych prezydentów III Rzeczpospolitej. Usłyszawszy je kilka lat temu, poczułem wzruszenie i serce zakołatało mi pod żebrami napędzane zwiększoną dawka adrenaliny. Gdybym miał wówczas 15 lat, można by pomyśleć, że powyższe stany są rezultatem wyłącznie mojej sympatii do tego angielskiego słowa, co część populacji prawdopodobnie skwitowałaby dyskretnym - bo czynionym za moimi plecami - pukaniem się w czoło. Ja jednak wtedy już od paru lat nie nadawałem się do żadnej organizacji młodzieżowej (tu przypomnę, że jeszcze nie dawno w takowych stowarzyszeniach można było działać do 35. roku życia) i, mając odpowiedni bagaż doświadczeń oraz zasób zachowanych w pamięci informacji, wzruszyłem się tym, że po latach zapomnienia to angielskie słowo - i to wszystko, co ono zawiera - zostało przywrócone do łask w środowisku muzycznym. Na dodatek aktu tego dokonali przedstawiciele pokolenia, które nastało po czasach, w których młodzi rewolucjoniści sztuki audio z upodobaniem nazywali dinozaurami artystów tworzących muzykę jeszcze przed 1976 rokiem, czyli przed narodzinami punk rocka.
Tymczasem ambient - jako słowo - wprowadził do terminologii muzycznej Brian Eno już w 1978 roku, jakkolwiek mogę się mylić i, jeśli ktoś z czytelników potrafi mnie skorygować, przesuwając datę w jeszcze głębszą "prehistorię", chętnie przyznam się do błędu. "Ambient" pojawił się jako hasło - jak się później okazało - czteropłytowej serii zapoczątkowanej solowa produkcją Briana Eno zatytułowaną "Music For Airports". Termin dotyczył pewnego bardzo charakterystycznego dla tego artysty stylu i klimatu, w jakim tworzył on wtedy ogromną większość swoich kompozycji, ale pod słowem tym należało rozumieć również dość oryginalny, choć banalnie prosty
- nie tylko ambientalnej.
W czym tkwiła istota stylu, nie ma potrzeby wyjaśniać, bo to tak naprawdę niewiele się zmieniło. Współczesna mutacja ambientu jest prawie idealnym potwierdzeniem tezy o cykliczności dziejów - prawie, bo w nurcie zaproponowanym przez Eno wyraźne rytmy grane na perkusji czy jakimkolwiek instrumencie o bardziej zdecydowanym stroju występowały dość rzadko, najczęściej tylko nieznacznie wyłaniając się z dalszego planu. W twórczości współczesnych ambi(en)tnych artystów bębny i sekwencery słyszalne są często jako dynamicznie i hierarchicznie równorzędne względem harmonii, kolorystyki i klimatu.
Zostawmy zatem na boku rozważania na temat artystycznej strony ambientu Briana Eno tym bardziej, że dla niego słowo to miało jeszcze jeden wymiar, który - jak przypuszczam - czytelników "Estrady i Studia" zainteresuje w o wiele większym stopniu. Myślę o technicznym aspekcie spray.
Powszechnie wiadomo, że Brian Eno interesował się różnymi dziedzinami sztuki - i życia w ogóle - i wiele z nich uprawiał. Mało tego - bardzo lubił wiedzieć, co sprawia, że narzędzia, jakimi przyszło mu się wspierać w tych działaniach, wypełniają wyznaczona im rolę. Rezultatem owych eksploracji były jakże często arcyciekawe innowacje techniczne, które umykały uwadze projektantów i konstruktorów urządzeń - nierzadko ze względu na prostotę pomysłu i skromność inwestycji finansowej, na której w związku z tym żaden producent by nie zarobił..
Ambient w technicznym wydaniu Briana Eno zrodził się w wyniku niewypału, jakim okazała się kwadrofonia. Artysta zawsze marzył o tym, aby jego muzyka mogła być odbierana i doświadczana przez słuchaczy od środka. Chodziło o to, aby człowiek był otoczony dźwiękami ze wszystkich stron. Kwadrofonia miała to sprawić, ale po pierwsze: nie spełniła tych oczekiwań w wystarczająco zadowalającym stopniu, a w związku z tym po drugie: w tamtym okresie - mowa o pierwszej połowie lat siedemdziesiątych - niewiele osób decydowało się na posiadanie kwadrofonicznej aparatury do odtwarzania muzyki z płyt i kaset.
Brian Eno przez kilka lat eksperymentował z różnymi układami i ustawieniami głośników, szukając najlepszego rozwiązania, z którego dałoby się wydobyć jak najwięcej z tworzonej przez niego muzyki. W wyniku owych doświadczeń w jego głowie zrodził się pomysł na...
Upłynęło jednak jeszcze kilka lat, zanim - dopiero w 1982 roku - artysta zdecydował się przedstawić go szerszemu gronu. Stało się to przy okazji wydania czwartej płyty z serii "Ambient", którą był firmowany tylko jego nazwiskiem album pt. "On Land". To właśnie z okładki tego longplaya pochodzi opis otaczającego układu głośników, który bardzo dobrze funkcjonował i spełniał swoją role w odniesieniu do muzyki utrzymanej w dowolnym stylu, byle tylko wydanej w wersji stereofonicznej. Rezultat w postaci wrażenia, iż nastąpiło rozszerzenie akustyki pomieszczenia odsłuchowego, był bardzo delikatny, ale łatwo zauważalny.
Do zainstalowania takiego systemu wystarczał zwykły sprzęt stereo, do którego należało dołożyć - i to cała dodatkowa inwestycja - jeszcze jeden głośnik i kilka metrów przewodu głośnikowego. Ponieważ na ten dodatkowy odsłuch nie były przewidziane szczególnie mocne niskie częstotliwości, wystarczyło zaopatrzyć się w jakąkolwiek małą kolumienkę.
Dla uzyskania założonego efektu oba bieguny wejścia trzeciego głośnika należało połączyć z dodatnimi biegunami obu wyjść ze wzmacniacza - oczywiście zachowując bez zmian tradycyjne połączenie podstawowych głośników z nagłośnieniem. Dodatkowy odsłuch trzeba było usytuować w takim miejscu, aby mógł się znaleźć za plecami słuchacza. W ten sposób cały zestaw tworzył trójkąt, którego podstawą była stereofoniczna panorama, a wierzchołkiem dodany głośnik.
Dodatkową - i wcześniej nie przewidzianą przez Briana Eno - korzyścią zastosowania tego systemu było rozszerzenie przestrzeni odsłuchowej. Niemal w każdym punkcie pomieszczenia odbiór sygnału stereofonicznego był przynajmniej dobry - choć nie wszędzie tak doskonały jak w miejscu zwyczajowo uznawanym za optymalne.
Brian Eno nie rozgryzł do końca, jak to się dzieje, że tak skonstruowany system funkcjonuje, przynosząc akurat takie rezultaty. Według jego przypuszczenia trzeci głośnik odtwarzał tylko dźwięki, które nie były wspólne dla toru stereo - czyli wszystko, co było słyszalne poza środkiem panoramy. Prawdopodobnie wspólny sygnał był wycinany jako emitowany poza fazą. Z własnych doświadczeń wiem, że w trzecim głośniku dawało się czasem słyszeć - choć mogło to być tylko wrażenie - dźwięki, jakie w tradycyjnym układzie dwukolumnowym nie docierały do moich uszu.
Głośność trzeciego elementu tak rozwiązanej technicznej strony ambientu zależała od oporności głośnika - im większa impedancja, tym cichszy sygnał. Gdy trzeba było zmienić proporcjonalny udział dźwięku dochodzącego z tyłu względem frontalnej stereofonii, wystarczyło odsunąć głośnik jeszcze bardziej od dwóch podstawowych w stronę przeciwległej ściany pokoju. Gdy na ten zabieg nie pozwalał metraż pomieszczenia, w przewód łączący odsłuch ze wzmacniaczem można było montować potencjometr - przynajmniej 10 W i 6 - 12 Ů.
Jak łatwo zauważyć, system jest tak prosty, że każdy, kto lubi sam realizować wszelkie techniczne ciekawostki, może sobie pozwolić na zbudowanie go w swoim mieszkaniu. Zachęcamy do uczynienia tego i podzielenia się swoimi doświadczeniami z Redakcją; wiemy bowiem, iż pomysł jest na tyle skromnie rozpowszechniony, że jeszcze nie wszystkie korzyści - a może i ubytki brzmienia - zostały rozpoznane przez dotychczasowych użytkowników systemu.
Artur Lasoń
PS.: Przy okazji gry słownej, na jaką pozwoliłem sobie w powyższym tekście, zastanawiam się nad poprawnością używanego w Polsce słowa "ambientalny". "Ambient" w języku angielskim jest przymiotnikiem, chcąc zatem spolszczyć go, wypada użyć formy "ambientny" ewentualnie "ambientowy". Natomiast zadomowiona u nas forma "ambientalny" sugeruje, że pochodzi ona od angielskiego "ambiental"; tymczasem - o ile mi wiadomo, a opieram się jedynie na dostępnych mi słownikach angielsko-polskich - taki przymiotnik ani tym bardziej rzeczownik w języku Wyspiarzy nie występuje. Ciekawe, co na to prof. Jan Miodek?