obszerne fragmenty tego wywiadu ukazały się w "Wegetariańskim Świecie" z 12/2000.
Rozmawiają Artur Lasoń i Agnieszka Olędzka:

ARTUR LASOŃ...

...muzyk, dziennikarz i mistyk - w szkołach psychotronicznych w kilku miastach w Polsce wykłada autorskie programy: ekologia umysłu i techniki medytacyjne. W życiu codziennym praktykuje i upowszechnia zdrowy styl życia w poszanowaniu zasad natury i w oparciu o proekologiczną świadomość. Pewnego rodzaju kontrastem względem powyższej deklaracji jest jego muzyka - o ilustracyjno-medytacyjnym charakterze, z domieszką eksperymentów kolorystycznych - którą tworzy i wykonuje z użyciem instrumentów elektronicznych sterowanych komputerem.

...skocz do góry strony

Agnieszka: Czy jest jakaś sprawa, rzecz lub idea, dla której dałbyś się posiekać?

Artur: Nie. Nie ma nic takiego. Dla żadnej idei nie dam się posiekać. Na tyle, na ile znam siebie, to nie widzę takiej sprawy: ani żadnej idei filozoficznej, religijnej, emocjonalnej, ani - tym bardziej - przedmiotu natury materialnej. Pomyśl sama - przypuśćmy, że jest coś takiego, co znaczy, że to coś jest mi bliskie i ważne dla mnie; jest to zatem coś, dla czego warto żyć. Co mi więc przyjdzie z tego, że dam się dla tego czegoś posiekać, skoro po posiekaniu nie będę mógł z tego skorzystać? To brzmi jak żart, ale jest w tym - wbrew pozorom - bardzo poważna i moim zdaniem głęboka myśl.

Agnieszka: Czy warto dać się posiekać bezinteresownie? Czy to znaczy, że nie jesteś idealistą?

Artur: Ja jestem idealistą, ale mocno stąpającym po ziemi; dlatego też mam świadomość, że - według mnie - nie ma takiej sytuacji jak "dać się posiekać bezinteresownie". Gdy ktoś daje się posiekać dla czegoś, ma w tym jakiś interes... Jaki? Nie wiem. Trzeba by o to zapytać tego kogoś, albo - jeszcze lepiej - poddać go psychoanalizie. Ja mogę tylko teoretyzować... domyślać się jego - pozostańmy przy tym określeniu - interesu. Ja potrafię filozofować, idealizować, nawet głosić kult różnych ideałów, a jednocześnie mam świadomość, że żyję w materii, która jest mi tak bliska, że nawet nie potrzebuję chcieć być bardzo mocno stąpającym po ziemi realistą ... ja po prostu - mimo idealizmu - jestem nim. Tak przynajmniej siebie widzę.

Mówię oczywiście wyłącznie o sobie i w swoim imieniu. Nie zamierzam tu teoretyzować w odniesieniu do sytuacji globalnej i odpowiadać za innych, bo wiem, że ktoś inny by ci wymienił masę ideałów, dla których warto by się dać posiekać. Ja zresztą mam taki zwyczaj, że zawsze mówię o sobie.

Agnieszka: Każdy mówi o sobie...

Artur: Tak, ale nie każdy jest tego świadom. Ja staram się mieć świadomość tego i przyznaję się do tego; w każdej sytuacji - gdy tylko pamiętam o tym, żeby to robić - podkreślam dobitnie, że zawsze mówię o sobie i w swoim imieniu i to, co mówię, wynika z moich subiektywnych odczuć.

Agnieszka: A czy masz jakąś koncepcję na życie?

Artur: Trudno powiedzieć, że mam jakąś wyraźnie określoną koncepcję; z drugiej strony - na pewno nieświadomie jakąś zaprogramowaną swoją koncepcje realizuję. Natomiast nie staram się na siłę sprecyzować swojej koncepcji życiowej. Mam różnego rodzaju pomysły, marzenia, nawet plany, wiem - może nie do końca - na co mnie stać, mam swoje wyobrażenia na ten temat, np. jeśli chodzi o moją muzykę i w ogóle o muzykę w moim życiu i z nią też mam związane różne plany, ale mam też świadomość, że jest mnóstwo czynników, jakie i wspomagają mnie w realizacji moich pomysłów, i powstrzymują przed urzeczywistnieniem innych, do których - jak się okazuje - mimo moich wyobrażeń ja może nie nadaję się tak dobrze jak inni, którzy mają na tym polu większe sukcesy. Mogę więc mieć różnego rodzaju koncepcje, ale biorę pod uwagę to, że realizacja wymyślonej przeze mnie - na poziomie świadomości - koncepcji być może wcale nie jest w moim programie życiowym, którego nie znam do końca i nigdy w pełni go nie poznam jako istota doczesna, materialna... Dlatego realizuję swoje pomysły w takim stopniu, w jakim je realizuję.

Agnieszka: Wspomniałeś o planach związanych z muzyką. Iloma i jakimi innymi torami idą twoje plany?

Artur: Myślę, że tych torów jest sporo - muzyka jest jednym z nich, a duchowo jest mi najbliższa; ale jest masa innych spraw, które są też dla mnie ważne często ze względów czysto realistycznych, takich jak możliwość utrzymania się przy życiu we współczesnym świecie, w którym pieniądz jest ważny. Dlatego zajmuję się też dziennikarstwem, które przy tym lubię; ale jeszcze piętnaście lat temu nie przypuszczałem, że będę się tym zajmował i w ten sposób zarabiał pieniądze; a jednak to robię. Poza tym od paru lat w szkołach psychotronicznych wykładam swój autorski program o nazwie ekologia umysłu i techniki medytacyjne - też zarabiam w ten sposób pieniądze i też jeszcze ileś tam lat temu nie przypuszczałem, że będę się tym zajmował, a - jak się okazało - są to dla mnie bardzo ważne dziedziny, bo obecnie to właśnie przede wszystkim dzięki nim, a nie dzięki muzyce żyję na tym poziomie materialnym. Z muzyki mam dużą satysfakcję...

Bardzo ważną dla mnie sprawą jest filozofowanie. Bardzo to lubię... Nawet między innymi w tym celu - a więc nie tylko dla pieniędzy - zostałem wykładowcą, bo na wykładach mogę pofilozofować. Bardzo lubię teoretyzować - ja się do tego otwarcie przyznaję - na wszelkie tematy, nawet polityczne... ale wszystkie one są w jakiś sposób określone moją... nawet nie koniecznie wizją, bo wizja jest czymś świadomym... raczej są w pozaświadomej sferze mojej osobowości. Gdy czytam różne książki i dokonuję wglądu w siebie, a jednocześnie konfrontuję ów wgląd z przeczytaną treścią, dochodzę do wniosku, że niektóre filozofie istniejące już od tysięcy lat są mi bliskie - inne trochę mniej - i wśród nich np. pierwotny taoizm, pierwotny buddyzm czy nawet wczesne chrześcijaństwo są mi szczególnie bliskie.

Agnieszka: No to pofilozofuj trochę na temat życia i jego istoty... Czym jest? Po co?

Artur: Domyślam się, że interesuje cię, mój pogląd na życie doczesne człowieka... W ogromnym - właśnie filozoficznym - skrócie mogę powiedzieć, że jest ono fragmentem tzw. wiecznego istnienia, wciśniętego na krótki moment w materię. Jeszcze bardziej trywialnie mogę powiedzieć, że to jest... duch w białku - jeśli chodzi o człowieka.

Agnieszka: Deepak Chopra w swojej książce napisał, że kiedyś uważaliśmy się za materię, która myśli... której udało się nabyć taką wspaniałą zdolność... a teraz - według niego - wszystko zmierza ku temu, żeby myśleć, że jesteśmy duchem...

Artur: Ja też to tak widzę. Ja od dawna jestem świadom tego, że jest to duch, któremu zachciało się pobyć w materii. Czy to stwierdzenie wystarczy ci jako odpowiedź na pytanie, czym - z mojego filozoficznego punktu widzenia - jest życie?

Agnieszka: Jeżeli tak jest, to jaki cel ma życie?

Artur: To jest jeszcze zupełnie inna sprawa. To nie jest kwestia wyłącznie życia doczesnego. Chcąc odpowiedzieć na tak postawione pytanie, trzeba spojrzeć na to zagadnienie dużo szerzej - poza doczesność. Bardzo dobra odpowiedź jest zawarta w książkach Neale’a Donalda Walsha zatytułowanych "Rozmowy z Bogiem"; ona mi tak bardzo pasuje, że mogę uznać ją za swoją własną. Duch - nie mówię o duchu jednego określonego człowieka, ale Duchu Wszechświata - potrzebuje potwierdzenia swojej Boskości przez znalezienie się w sytuacji innej niż boska - nie w sytuacji duchowej, tylko w materialnej i - żeby swoją Boskość "przetestować" - wciela się w różne byty materialne, w tym również w byt ludzki. To jest najbardziej ogólna, ale najbardziej mi pasująca odpowiedź na pytanie: po co?

Generalnie, ja nie staram się odpowiadać - ani sobie, ani komuś innemu - na pytania typu: "Po co?", bo bardzo trudno na nie dać odpowiedź, o której można powiedzieć, że jest mało przesiąknięta błędem. Odpowiadając na takie pytanie, zawsze trzeba brać pod uwagę to, że jest to w ogromnym stopniu teoretyzowanie... branie pod uwagę pewnych możliwości. Łatwiej jest odpowiedzieć na pytanie: "Dlaczego?", bo przyczyna - a właściwie część przyczyn - zawsze jest o tyle łatwiejsza do zauważenia, że jest już za nami. Zawsze łatwiej jest zobaczyć historię niż przyszłość; przy czym odpowiadać na pytanie "Dlaczego?" jest o tyle - mimo wszystko - trudno, że ludzie przywykli szukać jednej, jednoznacznej odpowiedzi i na dodatek próbują nazywać ją praprzyczyną. Ja uważam, że nie ma czegoś takiego, co my - jako ludzie obdarzeni taką, a nie inną świadomością - potrafimy rozszyfrować jako praprzyczynę. Trzeba brać pod uwagę, że to, co my widzimy jako praprzyczynę, jest jedną z niezliczonej ilości przyczyn. Dlatego - gdy ktoś mnie pyta "Dlaczego?", a ja udzielam konkretnej odpowiedzi - od razu zaznaczam, z jakiego punktu widzenia, albo z jakiego poziomu czy też z jakiego okresu historycznego owa przyczyna pochodzi.

Agnieszka: Archimedes powiedział: "Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię." On po prostu go nie miał, bo musiałby wyjść poza Ziemię, a przecież żył na niej. Gdyby pofilozofować, to można by powiedzieć, że my do tych rozmów o życiu: "Skąd? Dokąd? Po co. Dlaczego?" nie mamy wystarczająco odległego punktu podparcia; ale czy myślisz, że taki punkt istnieje gdzieś?

Artur: On gdzieś poza naszą świadomością i percepcją... poza naszą doczesnością, może nawet poza wymiarem materialnym istnieje.

Agnieszka: Ale czy jest do znalezienia?

Artur: Myślę, że świadomością ludzką nie - ale to jest tylko moje teoretyzowanie. Natomiast możemy go sobie wyobrażać. Wracając do Archimedesa - przecież on też nie wpadłby na to, gdyby nie jego wyobraźnia, która mu podpowiedziała, że gdzieś taki punkt ewentualny podparcia istnieje. Ja też sobie mogę wyobrazić taki punkt, z którego patrzę na siebie i w wyobraźni widzieć siebie oglądającego naszą doczesność, ale to będzie wyłącznie moja wyobraźnia - wyobraźnia określona moja świadomością, natomiast nie będzie to moja pewność i dlatego lepiej, żeby nikt nie oczekiwał ode mnie całkowicie pewnych odpowiedzi na określone pytania. W miarę pewną odpowiedź mogę dać na pytanie: "Która godzina?" - zakładając, że mam zegarek dobrze chodzący, a więc podaje jakiś warunek, co znaczy, że nawet ta odpowiedź, nie będzie absolutnie pewna.

Agnieszka: Mówisz często, że starasz się żyć życiem jak najbardziej naturalnym. Co to znaczy dla ciebie we współczesnym świecie?

Artur: Och, na to pytanie trzeba by dać bardzo długą odpowiedź.

Agnieszka: Ale to jest najważniejsze pytanie charakteryzujące ciebie jako osobę.

Artur: Kolejne pytanie, na które nie ma konkretnej odpowiedzi - przynajmniej ja jej nie znam, dlatego że wszystko, cokolwiek się dzieje z człowiekiem, człowiekowi i w człowieku jest jego naturą. Nie chcę teraz rozwijać rozważań na temat, czy to jest w zgodzie z naturą, czy nie, bo od natury nie ma ucieczki, w tym stwierdzeniu jest więc informacja, że to wszystko w jakimś sensie jest w zgodzie z naturą, ale to jeszcze jedna zupełnie inna sprawa na długie dywagacje. My, ludzie, zwykliśmy nazywać naturą bardzo różne sytuacje, które dają się ustawić między dwoma skrajnymi biegunami - jednym jest natura pierwotna człowieka takiego, jakim został stworzony ileś tysięcy lat temu, a drugim biegunem jest natura człowieka współczesnego. Między początkiem człowieka a jego obecnym stanem jest mnóstwo - można powiedzieć - pośrednich natur składających się na zmieniającą się naturę człowieka. Czy życie w zgodzie z naturą człowieka ma dotyczyć tego, co mamy teraz, czy natury pierwotnej, jaką nosił w sobie - i miał wokół siebie - wtedy, gdy powstał. Nawet gdybyśmy pominęli w tym miejscu całą rozpiętość możliwości, jaka jest między tymi dwoma biegunami i zajęli się tylko nimi, to też będziemy mieli ogromna trudność z ustaleniem, co jest naturą człowieka. Weźmy pod lupę biegun dzisiejszy. Patrząc wokół siebie, widzimy - mimo ogromnych podobieństw - tak różnych ludzi, o tak różnym sposobie bycia, stylu życia, wyglądzie, różnie zbudowanych organizmach, że nie da się jednoznacznie powiedzieć, co jest naturą człowieka. Czy jej częścią jest praca przez 8 godzin dziennie, czy nienormowany czas pracy np. dyrektora, który w zasadzie od momentu wstania z łóżka, do chwili, gdy kładzie się spać, cały czas jest w pracy?

Agnieszka: Czy naturą człowieka jest siedzenie godzinami w zamkniętym pomieszczeniu, czy chodzenie po otwartych przestrzeniach? Czy jest nią zakrywanie się parasolką, gdy deszcz pada, czy opłukiwanie się w jego strugach?

Artur: No właśnie - co człowiek, to inna natura współczesna i choćby z tego względu trzeba by rozpatrywać każdego człowieka z osobna, żeby móc powiedzieć, jaka jest jego natura współczesna. Próba ustalenia, co było naturą pierwotną człowieka, też jest bardzo trudna, bo - na dobrą sprawę - my nie wiemy, jak myśmy powstali. Czy tak jak kolega Darwin mówił - na drodze ewolucji? Czyli poprzez powolną transformację od pierwotniaków, do istoty, w której - w wyniku ewolucji - w jakiś sposób "wykluł" się rozum i tak powstał homo sapiens? czy też - jak chce spora część kreacjonistów - jesteśmy sztucznymi tworami obcej, pozaziemskiej cywilizacji, która stworzyła na Ziemi człowieka, zaszczepiając geny z innych, kosmicznych organizmów już tu istniejącym np. Neandertalczykom, których dość powszechnie się uważa bardziej za małpy niż ludzi. Ponieważ nie jesteśmy w stanie tego ustalić, nie wiemy, co jest naszą naturą pierwotną.

Można do tego zagadnienia podejść jeszcze bardziej filozoficznie... rozpatrywać nie tylko sferę organiczną. Ja najchętniej nazywam naturą pierwotną człowieka stan, w którym znalazłby się on jako dorosły człowiek spełniający wiele cech noworodka. Taki ktoś miałby wszelkie fizyczne, organiczne możliwości człowieka dorosłego, natomiast zdolności, umiejętności i potrzeby nowonarodzonego dziecka - z paroma wyjątkami, m. in. wyjąwszy potrzeby pokarmowe oseska. Trochę szczegółów. To byłby człowiek, który pozostając nagim - bo takim się rodzi - bez wszelkich przedmiotów, które zwykliśmy nazywać narzędziami, pozostawiony na Ziemi daje sobie radę.

Agnieszka: W każdych warunkach klimatycznych?

Artur: Właśnie o to chodzi... Mówiąc o naturze człowieka mam na myśli również środowisko. Dlatego, gdy wyobrazimy sobie takiego człowieka - nagiego, bez noża, tym bardziej bez komputera czy jakichkolwiek narzędzi typu młotek, gwoździe itp. - umieszczonego w jakimś miejscu na Ziemi, który sobie doskonale radzi, zrozumiemy, że takim miejscem nie byłaby np. Polska, bo ten biedak prawdopodobnie zmarłby z zimna, nie doczekawszy pierwszych przymrozków. W ten sposób od razu zawężam teren, na którym taki człowiek mógłby żyć.

I teraz wyobraźmy sobie, że chcemy wrócić do tak rozumianej natury. 6 miliardów ludzi nagle rusza - pieszo, boso, bo przecież zgodnie z naturą - do rejonów, w których są na to warunki, zakładając, że zgodzilibyśmy się zrezygnować z tych narzędzi, które sobie wytworzyliśmy przez tyle tysięcy lat.

Te rozważania sprowadziłem do czegoś bardzo ogólnego, natomiast mnie jeszcze bardziej frapuje natura diety człowieka - natura, której też się tylko domyślam. Warto się zastanowić nad tym, do jakiego stopnia naturalnie odżywia się człowiek współczesny - a nazywam nim człowieka z ostatnich co najmniej kilku tysięcy lat. Na wstępie takich rozważań zadaję pytanie: czy natura stworzyła pokarm np. gotowany? Wiadomo, że w naturze istnieją substancje przetworzone termicznie - zawsze się na Ziemi zdarzały pożary, wybuchy wulkanów, gejzerów, które przetwarzały termicznie istniejące w naturze rośliny - czasem również zwierzęta. Czy jednak taki np. odżywiający się żołędziami dzik, któremu spalił się las, przechodząc w pobliżu upieczonego żołędzia, rozpozna w nim swój pokarm? Przypuszczam, że dzik - dziko żyjący - przejdzie obok takiego żołędzia obojętnie.

Agnieszka: A gdyby umierał z głodu?

Artur: Być może dopiero takie determinujące sytuacje sprawiają, że zwierzęta "sięgają" po pokarm przetworzony termicznie - dotyczy to głównie zwierząt domowych, które nie mają alternatywy względem tego, co im podaje (często w "dobrej wierze") człowiek.

Agnieszka: Czy człowieka też zdeterminowały takie sytuacje?

Artur: Nie tylko. Człowieka do jedzenia takiego pokarmu w dużym stopniu zachęcił umysł - który stale podsuwa nam potrzebę eksperymentowania, poszukiwania czegoś innego.

Agnieszka: Czy te niesamowite legendy o Prometeuszu, który zginął po to, żeby ludziom dać ogień, nie mają znaczenia? Przecież w każdej takiej legendzie jest ludowa mądrość.

Artur: Tak, tylko my tak do końca nie wiemy kim był ów legendarny Prometeusz. On mógł być jakimś...

Agnieszka: Kosmitą?

Artur: Nie koniecznie od razu kosmitą. To mógł być człowiek, który miał większą niż inni jemu współcześni potrzebę eksperymentowania i w jakiś sposób odkrył, że ogień może służyć nie tylko do ogrzania się, ale i do obróbki jedzenia; spróbował i może za pierwszym razem nawet odchorował to, co zjadł po ugotowaniu albo upieczeniu, ale mogło mu to smakować. My już wiemy, że marchewka czy pietruszka jest słodsza po ugotowaniu niż surowa. Dla niego to mogło być odkrycie i - mimo że to mu dajmy na to zaszkodziło - spróbował drugi raz, trzeci... i w końcu się wręcz uzależnił. Potem pokazał to innym. Wiem, że mitolodzy zaraz napadną na mnie, że coś tworzę, bo z mitów nic takiego nie wynika. Przyznaję, że w tej chwili na gorąco teoretyzuję...

Reasumując: zaistniał jakiś czynnik, który sprawił, że ludzie zaczęli sięgać po rzeczy obrobione termicznie. Mogło być tak, że człowiek pobudzany potrzebą eksperymentowania zaczął w jakim momencie eksperymentować z ogniem - również w celach kulinarnych. Mogło być jednak i tak, że ktoś człowieka tego nauczył. Kto? Nie wiem. Co bardziej odważni ufolodzy twierdzą, że przedstawiciele obcej cywilizacji, a ludzie religijni - że Bóg. Ciekawe, że wielu przedstawicieli obu tych grup nie rozumie, w jak dużym stopniu mówią o tym samym.

Wróćmy jednak do sedna sprawy. Zakładając, że człowiek jest tworem natury, a nie produktem wyłącznie kreacji, uważam, że naturą człowieka jest m. in. odżywianie się tym, co nadaje się do jedzenia na surowo. Porównując naszą współczesną dietę z tym, o czym mówię, możemy sobie wyobrazić, jak bardzo odeszliśmy od natury pierwotnej. To nie znaczy, że mamy do niej za wszelką cenę wracać, bo odejście od natury pierwotnej - w odniesieniu do poszczególnych ludzi - może być już tak dalekie, że wiele osób nie byłoby w stanie nie tylko wrócić, ale nawet zacząć wracać. Nawet próba samego tylko zatrzymania marszu w kierunku coraz bardziej przetworzonej żywności - bo przecież taki jest trend we współczesnym świecie - dla niektórych osób znałogowanych pokarmem gotowanym może się zakończyć zgonem.

Agnieszka: Skoro użyłeś słowa "trend", to teraz mamy taki trend, żeby nie marnować czasu - szybkie jedzenie, szybkie przemieszczanie się, szybki przekaz informacji - i myślisz, że jedzenie się nagle wyizoluje z tego trendu?

Artur: Aż takim fantastą nie jestem. Mam świadomość tego, jakie są trendy i wiem, że nie da się zatrzymać jednego z nich. Trzeba by zatrzymać je wszystkie, ale ja się nie czuję na siłach to zrobić. Mogę rozmawiać o tym z tobą i innymi osobami, ale ze świadomością, że jedynie rozważamy pewną filozofię. Przecież trzeba uwzględnić to, że na człowieka, który spróbuje odwrócić cokolwiek, będą miały wpływ inne osoby i cały ten strumień kultury, w jakim mu przyszło żyć. Należałoby więc zmienić i środowisko, aby transformacja... zatrzymanie tego trendu nastąpiło w danym człowieku w jak największym stopniu, a ponieważ środowiska przebudować się tak łatwo nie da, trzeba by się po prostu przenieść w inne miejsce. Tu pojawia się kolejne pytanie: czy człowiek związany z określonym terenem jest gotowy do tego, by żyć w geograficznie innym miejscu. Bardzo często okazuje się, że ludzie, którzy nie mogąc przetransformować otaczającego ich środowiska, przenoszą się w inny rejon, źle się czują w nowym środowisku, bo nie ma w nim ich korzeni - korzeni geograficznych i energetycznych.

Agnieszka: Przecież można się przenieść kilkadziesiąt kilometrów za miasto. Czy myślisz, że te korzenie są takie krótkie?

Artur: Korzenie są bardzo blisko tego miejsca, w którym się urodziliśmy, ale one mają energetyczne pędy i - będąc urodzonym np. w Polsce - można odczuwać je nawet w Australii. To jest bardzo indywidualna sprawa. Mówię o dosyć ekstremalnych sytuacjach, gdy te korzenie są tak silne, że człowiek po przeprowadzeniu się już nawet o 30 kilometrów czuje tęsknotę za miejscem, z którego pochodzi.

Agnieszka: To jest bardzo istotny punkt dotyczący nie tylko korzeni. Dużo ludzi ma problem - ktoś zmienia jedno, np. dietę zafascynowany modą czy ideą nie zabijania zwierząt i po paru latach okazuje się, że nie ma znajomych, nie pasuje do żadnego kręgu... i źle się z tym czuje.

Artur: To jest bardzo ważna sprawa, ale zacznę od tego, że ja bardzo nie lubię nazywać siebie wegetarianinem. Jest to szufladka, w której nie wiadomo, co jest, bo próbowałem ustalić, co to znaczy: być wegetarianinem, rozmawiałem o tym z wieloma zdeklarowanymi wegetarianami i uzyskiwałem tak różne odpowiedzi, że w końcu nie wiem. Np. zetknąłem się z osobami, które uważają się za wegetarian, a mimo wszystko dopuszczają możliwość jedzenia mięsa w pewnych sytuacjach - np. na przyjęciach, na których zostają poczęstowani mięsem i nie odmawiają poczęstunku, żeby nie zrobić przykrości gospodarzom. Nie patrzą na to, że robią "przykrość" swojemu organizmowi, który może nawet to odchorować... Ważniejsze dla nich stają się wtedy inne względy - np. towarzyskie czy wręcz lęk przed wyobcowaniem w grupie, w której się znaleźli. Jeżeli tak, to ja nie jestem wegetarianinem... ja się odżywiam prawie wyłącznie roślinami. Wyjątkami są: sól (w naprawdę małych ilościach), minerały rozpuszczone w wodzie pitnej i grzyby, które przez biologów zaliczane są do innej grupy organizmów.

Drugim - akurat mało istotnym - powodem, dla którego nie nazywam siebie wegetarianinem, jest to, że ja nie lubie nalepiać sobie etykietek. Mam ich i tak sporo - np.: człowiek, mężczyzna, ojciec, muzyk itp. - i to mi wystarczy. One zresztą służą zwięzłemu zasygnalizowaniu kim jestem, czym się zajmuję... a poza tym mniej więcej wiem, co one znaczą; natomiast wegetarianizm - jako pojęcie - nabrał zbyt rozległego znaczenia. Jeśli mi powiesz, że wegatarianin to ktoś, kto nie je mięsa, to w porządku - jestem wegetarianinem. Tyle tylko, że ja nie jadam również nabiału, trawy, torfu, gwoździ, drewna, plastiku, kamieni - z wyjątkiem soli i minerałów w wodzie - i mnóstwa innych substancji spotykanych na Ziemi. I co? Dla każdej z tych "abstynencji" mam wymyślać osobną etykietę?

Agnieszka: Buntujesz się przed tą etykietą, a wcześniej tyle ich pozwoliłeś sobie nakleić - włącznie z tym, że jesteś muzykiem. Przecież muzycy też są różni: jeden gra na perkusji, inny śpiewa...

Artur: ...a ja dłubię w elektronice...

Agnieszka: ...jeszcze inny nie ma słuchu, fałszuje, a mimo to też się nazywa muzykiem.

Artur: Ja ostatnio coraz rzadziej nazywam siebie muzykiem. Doszedłem do wniosku, że muzyk to ten, kto żyje z muzyki, a ja robię to w niewielkim stopniu.

Agnieszka: Ale na etykietkę się zgadzasz, a tu wymieniasz tyle przeszkód.

Artur: Owszem, bo gdy chcę zagrać koncert, jego potencjalny organizator chętniej rozmawia z muzykiem niż z kimś, kto nim nie jest.

Agnieszka: Ale ja na wywiady też chętniej zapraszam wegetarian, a ty - mimo, że udzielasz wywiadu jako wegetarianin - nie dajesz sobie tej etykietki nalepić.

Artur: Jak chcesz, możesz ją nalepić na mnie, a ja i tak nie będę siebie tak nazywał. Jak ci mało powodów, podam jeszcze jeden. Ile razy rozmawiam z kimś na temat wegetarianizmu, rozważania sprowadzają się do sprawy nie jedzenia mięsa, a dla mnie nie jest ważne, czego ja nie jem - dla mnie jest ważne, co ja jem. Jem rośliny i jak chcesz, nazwij mnie roślinożercą - na to się zgodzę.

Agnieszka: Czy jesz miód?

Artur: Jeżeli nie wiem, że w tym, czym ktoś mnie częstuje, jest przemycony miód, to jem; ale miodu jako takiego nie lubię. Ja mam świadomość, że może czasami zdarza się w tym, co jem, coś pochodzenia zwierzęcego, np. łój - w śladowych ilościach, bo na ogół wyczuwam taki "komponent" na odległość. Gdy kupuję np. pierożek w sklepie ze zdrową żywnością, nie biorę go pod mikroskop, tylko opieram się na zaufaniu do producenta, który się deklaruje, że ten pierożek został zrobiony na oleju roślinnym, a nie zwierzęcym i bez jajek. Nieświadom pewnych sytuacji może nie odżywiam się wyłącznie roślinami, ale w swojej świadomości - tak. Zresztą i tak najczęściej jem rzeczy nie przetworzone, które sam sobie przygotowuję.

Agnieszka: To powiedz, jak się odżywiasz na co dzień.

Artur: Dobrze... tylko proszę nie brać ze mnie przykładu. To nie będzie żadna recepta na uniwersalną dietę dla każdego. To jest dieta, którą sobie wypracowałem przez 49 lat swojego życia i ciągle ją sobie wypracowuję... Jutro będę się odżywiał inaczej, bo to ciągle się zmienia.

Zaczynam dzień od picia czystej, surowej, lekko podgrzanej wody - podgrzanej nawet latem. Podgrzewam ją do temperatury troszeczkę wyższej od temperatury ciała. Za bardzo kocham swoje ciało, żeby szokować je zimnymi, albo gorącymi napojami. Wypijam różnie - czasem pół litra, czasem trochę więcej... w zależności od potrzeby. Po pewnym czasie, gdy już odczuwam głód, zaczynam jeść. Są to owoce - obojętnie, jaka to pora roku, najpierw jem surowe owoce - na ogół świeże, choć czasem sięgam i po suszone i wtedy je najpierw trochę moczę. Jedynym przetworzeniem, jakiemu poddaję świeże owoce jest umycie ich i - ewentualnie - usunięcie zepsutych fragmentów i ich okolic.

Agnieszka: Jest teoria, żeby wyrzucać nadpsuty owoc. Nie boisz się tego nadpsucia?

Artur: To nie jest sprawa lęku... raczej potrzeby doświadczenia i uzyskania potwierdzenia na co i raz pojawiające się w umysłach wielu ludzi pytanie: na co stać mój organizm? Wiem, że bakterie gnilne mogą rozwinąć się tylko w sprzyjającym im środowisku. Jeśli zjem dużo zepsutych części mój organizm może sobie z nimi nie poradzić - dotyczy to zwłaszcza pleśni - co będzie znaczyło, że w moim ciele jest sprzyjające takim bakteriom środowisko, ale przy niewielkich ilościach miąższu "nadszarpniętego zębem czasu" mój organizm, jakoś to zniesie. Podkreślam, że mówię o swoim organizmie i nie podaję tu żadnej teorii uniwersalnej - dla wszystkich.

Zjadam kilka porcji owoców. To trwa do wczesnych godzin popołudniowych. Są to różne owoce - w niezbyt obfitych ilościach również tropikalne. Wiem, że one wychładzają - i dlatego np. bananów jem zimą dużo mniej niż latem. Gdyby w naszym klimacie rosły jakieś owoce, które dawałyby mi energetycznie, smakowo i konsystencjonalnie to, co banany, to bananów już bym nie miał potrzeby jadać. Latem jem głównie owoce sezonowe, a jesienią, zimą i wiosną głównie jabłka, czasem cytrusy. Pierwszy posiłek nie owocowy zjadam między godziną 13 a 15. To są najczęściej nieprzetworzone warzywa z jakimś białkiem typu: orzechy albo pestki. Całe przetworzenie orzechów - nie wszystkich - to jest namoczenie ich przez kilka godzin, żeby je odświeżyć. Czasami - co trzy, cztery dni, czyli przeciętnie tylko dwa razy w tygodniu - pierwszy posiłek po owocach jest ze skrobią, do której też zjadam warzywa, czasem gotowane, czasem surowe. Ze skrobią, której nie chcę próbować jeść na surowo, staram się łączyć warzywa gotowane, ale nie jest to moja obowiązująca zasada. Nie łączę skrobi z białkiem.

Agnieszka: Skrobię jesz w formie kaszy?

Artur: Najczęściej są to różne kasze. Rzadko jem ziemniaki lub chleb. Rodzajów kasz zresztą jem tak dużo, że konkretną też jem rzadko - np. raz w miesiącu albo jeszcze rzadziej. Wczesnym wieczorem, między 17 a 18, czasami zdarza mi się przeciągnąć do 19 - mówię o czasie zimowym, czyli latem 18 - 19, do 20 - jem najczęściej warzywa gotowane z gotowanym białkiem. Ważne jest to, że na ogół są to warzywa gotowane na parze, rzadko w wodzie.

Agnieszka: To białko to soja?

Artur: Ja nie przepadam za strączkami. Ze strączkowych najwięcej jem… orzeszków ziemnych, które są prażone. Wieczorem jadam też dość często pistacje, które u nas są dostępne również prażone. Zresztą nie znam ich tak dobrze, by wiedzieć, czy nadają się do jedzenia na surowo. Wtedy też - rzadko - zdarza mi się jeść wyroby sojowe, ale jem ich dużo mniej niż np. orzechów w drugim posiłku dnia. W dniu, w którym jest posiłek skrobiowy, bywa, że rezygnuję z orzechów, bo wiadomo, że w roślinach uważanych za skrobiowe również jest białka na tyle dużo, że już tego dnia nie mam ochoty na pestki czy orzechy. Właśnie ta mieszanka skrobi z białkiem w roślinach np. zbożowych sprawia, że tak rzadko po nie sięgam. Tu trzeba dodać, że do gotowanych potraw dodaję - ale dopiero na talerzu - trochę oleju tłoczonego na zimno. Dodaję go tylko tyle, żeby posiłek był delikatnie omaszczony. Do surowizn oleju nie dodaję - czuję, że do surowych posiłków wystarcza mi ta ilość tłuszczu, która jest w orzechach, pestkach...

Te surowe warzywa prawie nigdy nie są krojone czy szatkowane czy tarte. Biorę marchewkę czy pietruszkę i po prostu je chrupię. Nie obieram ich - myję je tylko z piachu, bo... z minerałów w zasadzie odżywiam się tylko solą. Sałatę zjadam prosto z główki. Jeśli chodzi o surową kapustę, to zjem kawałek liścia i czuję, że nie jest to warzywo dla mojego organizmu, więc jadam ją gotowaną

Agnieszka: Specjalista od żywienia zobaczywszy twój jadłospis, powiedziałby, że masz za mało białka, skrobi...

Artur: ...a ja bym dał mu się wygadać i... pożegnał się z nim.

Agnieszka: Pijesz jakieś herbaty.

Artur: Nie. Piję niemal wyłącznie wodę. Zdarza mi się wypić coś innego, ale bardzo rzadko. Byłem kiedyś kawoszem. Od ponad trzynastu lat nie piję herbaty, bo stwierdziłem, że wysusza mi śluzówkę. Potem zrozumiałem, że to nie była tylko "wina" herbaty, ale odzwyczaiłem się od niej do tego stopnia, że teraz już mi nie smakuje. Za to zacząłem wtedy pić kawę. Doszedłem z czasem do tego, że sześć filiżanek dziennie to było mało. Na szczęście mój organizm zaczął reagować obronnie i kawał powoli przestawała mi smakować i zrezygnowałem z niej. Ciągnie mnie do kawy, ale gdy zaczynam ją pić, natychmiast przechodzi mi ochota.

Agnieszka: Odnoszę wrażenie, że wierzysz swojemu organizmowi, w to, co on odczuwa.

Artur: Ja nie nazywam tego zaufaniem, bo organizm potrzebuje różnych substancji - szczególnie, gdy jest znałogowany, ciągnie go do tego, co z fizjologicznego punktu widzenia go przytruwa. Do tej pory - chociaż od czterech czy pięciu lat nie jadam klasycznych słodyczy cukierniczych - w dalszym ciągu czuję pociąg do nich. Co nie znaczy, że mam wrócić do objadania się ciastkami.

Agnieszka: Czyli zakazujesz sobie?

Artur: To nie jest tak, że ja sobie zakazuję i cierpię z tego powodu. Ja po prosu mam świadomość, że gdybym teraz wrócił do słodyczy, wróciłbym również to stanu zdrowia, jaki miałem, gdy jadałem słodycze. Mając w pamięci to, że co dwa, trzy miesiące zapadałem na różne infekcje na tydzień, czy dwa albo i dłużej - co teraz mi się nie przydarza - wolę sobie "odmówić" pięciominutowej przyjemności zjedzenia ciastka, bo dzięki temu nie mam związanej z infekcją przykrości, która trwała wtedy - i teraz też by trwała - np. dwa tygodnie.

Agnieszka: Czy dużo cię kosztuje taka "odmowa"?

Artur: Nie, bo teraz przestawiłem się na inna słodycz - na słodycz owoców, orzechów... Kiedyś - będąc w tym narkotycznym ciągu cukrowym - nie czułem, że orzechy są słodkie. Moje kubki smakowe były tak zdegenerowane. Przy czym ja mam świadomość, że nie było to tylko znałogowanie smakiem, ale i energetyczne znałogowanie... sacharozą. Na szczęście już mi to mija. Ja myślę, że ja wtedy byłem nawet bardziej znałogowany... skrobią niż samym cukrem - tym tłumaczę swój pociąg do ciastek. My, ludzie, na ogół nie zdajemy sobie sprawy, że poprzez ciastka jesteśmy nałogowani co najmniej tymi dwiema substancjami - cukrem i skrobią... a w ciastku typu sernik dochodzi jeszcze znałogowanie nabiałem. To właśnie obecność w ciastkach takiej ilości substancji uzależniających - nie tylko sam cukier - sprawia, że niektórym z nas tak trudno się oderwać od nich.

Agnieszka: Czyli nie cierpisz?

Artur: Ja w ogóle mało cierpię. Podchodzę do cierpienia też bardzo filozoficznie. Skoro mój duch wcielił się w taką materię, która ma przejść przez takie cierpienia, to widocznie mój duch chce pocierpieć. Co ja mogę w tej sytuacji chcieć lub nie chcieć? I tak będę cierpiał, jeżeli mój duch tego chce. Ja się świadomie godzę na te cierpienia i w ten sposób przestaję cierpieć. Budda, gdyby teraz mógł coś powiedzieć, pewnie by mi pogratulował, bo przecież słynne zdanie jemu przypisywane brzmi: "W życiu jest tylko cierpienie i koniec cierpienia". W tym zdaniu nie ma ani słowa o przyjemnościach. Mam przyjemność w tym, że dojrzałem do końca cierpienia w pewnych dziedzinach - np. takich jak rozstanie się z pewnymi nałogami, które kiedyś były dla mnie przyjemnościami, a teraz jest mi przyjemnie powspominać, że były i już ich nie ma.

Agnieszka: Czyli dieta, którą w tej chwili stosujesz, jest wypadkową informacji płynących z twojego ciała...

Artur: Nie tylko... Jest to wypadkowa potrzeb mojego ciała i podszeptów mojego umysłu, bo przecież ja ciągle eksperymentuję z dietą... szukam takiej, która akurat dla mnie jest najbardziej naturalna.

Agnieszka: No właśnie... mam na myśli jakieś zakodowane informacje na temat tego, co jest zdrowe, a co niezdrowe.

Artur: Nie. Ja się nie kieruję tym, co jest zdrowe, a co nie... Kieruję się tym, co jest dla mnie naturalne lub nienaturalne. Pamiętam, że od wczesnej młodości - gdy zacząłem w miarę świadomie i samodzielnie myśleć - przyświecała mi idea, aby żyć w zgodzie z naturą. Mówiąc o naturze, mam ją na myśli taką, jaką ja potrafię sobie wyobrazić. Jest to moja wizja pierwotnej natury człowieka. Ktoś inny z taką jej wizją może się nie zgodzić. Mieści się w niej odżywianie się surowiznami. Czy mój organizm - czyli moja obecna natura - jest w stanie i w jakim stopniu to przyjąć? Jeszcze nie wiem. Na razie się do tego zbliżam. Chyba jest dobrze, zważywszy, że jeszcze dwa lata temu w każdy mój posiłek było wkomponowane coś przetworzonego termicznie. W tej chwili jest to w jednym - ewentualnie, rzadko w dwóch - z trzech do czterech posiłków dzienne; zakładając, że moje śniadanie owocowe, które - trwając od wczesnego poranka do wczesnego popołudnia - jest jednym posiłkiem złożonym z dwóch lub trzech porcji oddzielonych godzinnymi, czasem dwugodzinnymi przerwami .

Kiedyś miałem pomysł, aby w ciągu dnia spożywać trzy wyraźnie określone posiłki wyraźnie oddzielone czasem. To nie zdało egzaminu... Nie chcę w ten sposób jeść np. owoców. Kiedyś stawiałem sobie dwa kilogramy owoców na półmisku i zjadałem je na jednym posiedzeniu. Czułem się przejedzony, a poza tym wystarczało mi to na dwie, najwyżej trzy godziny, a następny posiłek - według założeń - miał by dopiero za następne dwie godziny, przez ten czas byłem więc głodny. Przy okazji zauważyłem, że zjedzenie takiej ilości owoców na raz niestety bardzo podnosi mi indeks hipoglikemiczny, bo czułem, że szaleje moja trzustka - i tak już nieźle sfatygowana wcześniejszymi ekscesami słodyczowymi. Dlatego zacząłem sobie owoce rozkładać na mniejsze porcje.

Nie mieszam owoców z niczym innym, ale same owoce owszem mieszam ze sobą - nie wszystkie. Np. nie mieszam z niczym arbuzów, bo gdzieś wyczytałem, że one raczej nie lubią towarzystwa innych owoców. Podobno jeszcze bardziej "nietowarzyskie" są melony, ale tych w ogóle nie jadam, bo nie lubię. Inne owoce mieszam i obserwuję, co się dzieje. Czasem rzeczywiście mam misz-masz w brzuchu, gdy za bardzo namieszam, ale już staram się to dostrzegać i nie popełniać tych samych błędów.

Agnieszka: Powiedz coś więcej o swojej koncepcji na życie, bo zacząłeś i jakoś tak szybko przeszliśmy na odżywianie.

Artur: Nic dziwnego, bo pomysł na odżywianie jest według mnie jednym z najważniejszych elementów koncepcji na życie. W ogóle wychodzę z żartobliwie filozoficznego założenia, że człowiek żyje po to, żeby jeść, prokreować się i odpoczywać między tymi czynnościami... a po drodze dbać o higienę, którą pojmuję bardzo szeroko - nie tylko jako symboliczne mycie rąk, ale ogólnie jako umiejętność dbania o swoją kondycję, stworzenia sobie warunków do życia, np. domu. Tu zaznaczę, że niezależnie od tego, jak bardzo sobie żartuję trzeba mieć na uwadze - i ja jestem tego świadom - że w każdym żarcie jest więcej poważnej prawdy niż niektórym z nas się wydaje. Dlatego czasem zalecam moim słuchaczom, aby uważali na swoje żarty, bo mówią w nich jest więcej prawdy o sobie niż chcą jej ujawnić i więcej niż sami o sobie znają.

Agnieszka: Czy według ciebie istnieje przypadek?

Artur: To zależy, z jakiego poziomu spojrzymy na to zagadnienie. Z poziomu świadomości człowieka istnieje, bo przecież dzieje się tyle spraw, których naszymi umysłami nie potrafimy przewidzieć; ale z pozycji ducha - albo kosmosu - wszystko, co się aktualnie dzieje, jest konsekwencją wszystkiego, co się wydarzyło w przeszłości. My nie znamy... nie jesteśmy w stanie ogarnąć świadomością całej przeszłości, dlatego nie potrafimy dokładnie przewidzieć konsekwencji przeszłych wydarzeń i spraw. Kosmos potrafi... a w zasadzie potrafiłby, gdyby miał tak dociekliwy umysł jak my. Nie wiem, czy kosmos taki umysł ma, dlatego nie podaję tej myśli jako tezy. Ja patrząc na zagadnienie przypadku z pozycji człowieka i wyobrażając sobie, jak to ewentualnie widzi mój duch, zwykłem mówić, że to, co my nazywamy przypadkiem jest... nieuchronnością, której sobie nie uświadamiamy.

Agnieszka: Rozwiń jeszcze ten wątek twojego oddzielania się od wegetarian... Nie pasuje ci ta grupa? Widzisz w niej coś odpychającego?

Artur: To nie jest tak, że ja się izoluję od wegetarian. Ja tylko nie używam tej etykietki w odniesieniu do siebie. Skoro przesz do tego, to powiem ci jeszcze jedną rzecz wyjaśniającą, dlaczego nie nazywam siebie wegetarianinem - bodaj najistotniejszą z tego wszystkiego. Obserwując ludzi, którzy nazywają siebie wegetarianami, zauważyłem, że spora ich część odżywia się i żyje bardzo niezdrowo i nienaturalnie. Dla mnie - jeśli już miałbym się nazwać wegetarianinem - jest istotne, abym odżywiał się w maksymalnej zgodzie z tym, co potrafię określić jako swoją naturę. Jeżeli wegetarianin "odżywia się" dymem nikotynowym, alkoholem, wyrobami mocno przetworzonymi, czyli martwymi, choćby nawet roślinnymi, chemicznymi konserwantami, substancjami smakowo-zapachowymi i tzw. suplementami pokarmowymi, krowim mlekiem i nabiałem, które - moim zdaniem - nie są stworzone dla człowieka, to ja się z jego etykietką nie utożsamiam, bo w tym, co on robi nie ma świadomego dbania o życie. On nie dba o życie, choćby dlatego, że karmi się "martwymi" substancjami, które - jednocześnie - w znacznym stopniu obciążają, czyli niszczą mu organizm.

Na dobrą sprawę wszystko, co jemy, jest mniejszym lub większym obciążeniem dla organizmu, ale jest to "ciężar", bez którego nie da się żyć. Organizm potrzebuje pewnej dozy wysiłku - tak samo jak mięśnie, które bez ruchu zaczynają zanikać. Chodzi więc o to, aby wybierać na pożywienie substancje, które jak najmniej nas obciążają i jednocześnie zawierają jak najwięcej składników odżywczych. Tak według mnie działa pokarm żywy, czyli nieprzetworzony - oczywiście cały czas mam na myśli wyłącznie substancje przyswajalne przez organizm człowieka - i to konkretnej osoby, bo każdy ma choćby trochę, ale jednak inne potrzeby. Mówię o tym, bo zdarza mi się czasem spotkać natarczywego oponenta, który mówi, że naturalne trucizny też są żywe - np. kurara.

Agnieszka: Czy uważasz, że człowiek od początku był wegetarianinem? Nigdy nie polował? A rysunki naskalne?

Artur: Kiedyś stał się istotą polującą, ale moim zdaniem w pierwotnej naturze człowieka - i potwierdzenie tego jest nader częste do dziś - nie ma elementów myśliwego, choćby z dwóch powodów. W sferze fizycznej - natura nie dała nam narzędzi... nie wyposażyła naszego ciała w narzędzia do polowania, np. nie dała nam tak szybkich nóg, żebyśmy ganiali za zwierzętami, ani tak morderczych rąk, żeby zabijać zwierzęta. Tematu zębów i innych organów już nie będę rozwijał...

Agnieszka: Ale są zwierzęta mięsożerne, które poruszają się o wiele wolniej od nas.

Artur: Idziesz w ciekawą stronę... Daj mi przykład takiego zwierzęcia.

Agnieszka: Np. goryl.

Artur: Goryl nie jest mięsożerny. Może czasem z rozpędu zje jakiegoś robaka i to wszystko - goryl jest typowym owocożercą.

Agnieszka: Ale są jakieś małpy mięsożerne.

Artur: Jeśli są, to przy okazji są bardzo sprawne. Podobno niektóre gatunki małp robią zbiorowe polowania na jakieś zwierzę, ale to są wyjątki, które zdarzają się bardzo rzadko. Wróćmy do człowieka i rozpatrzmy pierwotną naturę naszej psychiki - otóż nie ma w niej wyraźnych skłonności do przelewania krwi.

Agnieszka: A wojny?

Artur: To jest rezultat rozwoju umysłu człowieka, który w ramach "intelektualnych" potrzeb eksperymentowania zaczął wymyślać różne rzeczy - w tym wzajemne unicestwianie się. Mnie chodzi o to, że do dziś niewiele osób potrafi własnoręcznie zabić zwierzę po to, żeby je zjeść. Większość z nas - tak się mówi - "brzydzi się" krwi. Są nawet lekarze - chirurdzy - którzy mają ogromne problemy z tego tytułu. Owszem, bywają wyjątki -osoby, którzy nie mają większych oporów, ale większość ludzi jest dla mnie potwierdzeniem tego, że zabijania zwierząt, aby je zjeść - ani w żadnym innym celu - w naszej pierwotnej naturze nie ma. To, że człowiek zaczął zabijać zwierzęta, aby je jeść - posługiwać się w tym celu wybranymi jednostkami, które się nazywa rzeźnikami - jest dla mnie wynaturzeniem człowieka, czyli odejściem od jego natury pierwotniej.

W naturze człowieka jest bycie zbieraczem - nawet nie hodowcą, bo myślę, że w naturze człowieka nie była uprawa ziemi. Zaczął uprawiać ziemię, bo sytuacja go w pewnym sensie do tego zdeterminowała. Mam na myśli nadmierny rozrost ilościowy, w wyniku czego wędrowanie z miejsca na miejsce i zbieranie po drodze tego, co się znalazło, stało się bardzo trudne - zbyt często człowiek trafiał na teren już przez kogoś zajęty, decydował się więc zając coś i dla siebie. Jak to się dalej potoczyło, znamy z historii i ze współczesności.

Agnieszka: Czyli to umysł pociągnął nas w tym kierunku?

Artur: Tak można powiedzieć... Ten pierwiastek naszej osobowości, który w jakiś sposób kiedyś został zaszczepiony w istotach człekokształtnych i uczynił z nich nas, ludzi myślących. Umysł taki, jaki mamy, jest tym czynnikiem, który zaczął nas odciągać od naszej pierwotnej natury. To jest moje zdanie - mogę się mylić. Jestem filozofem teoretykiem. Genetycy, biolodzy, historycy mogą mieć odmienne zdanie - i chwała im za to.

Agnieszka: Czy da się powiedzieć, dlaczego umysł nas odciągnął od natury? Po co?

Artur: Nie znam aż tak dobrze natury umysłu, bo nie wiem, w jaki sposób został nam zaszczepiony - naturalnie, czyli na drodze powolnej ewolucji, czy sztucznie? Jeżeli sztucznie, to trzeba by o to zapytać tych, którzy to zrobili.

Agnieszka: I znów brakuje nam tego punktu podparcia...

Artur: Dokładnie.

Agnieszka: Dlaczego tworzysz i grasz tak nienaturalną muzykę jak muzyka elektroniczna?

Artur: Ona nie jest aż tak nienaturalna, jak się powszechne uważa. Dźwięki, jaki wydobywane są z syntezatorów istnieją gdzieś we wszechświecie. Ludzie podsłuchują kosmos i odbierają dochodzące z niego różne odgłosy. Słychać to jako pasmo szumów; a co to jest szum? To zbiór różnych słyszalnych wibracji, które - nałożone na siebie w takiej ich masie - gdy są w miarę ciche, słyszymy jako szum, głośne stają się np. grzmotem albo rykiem... Gdybyśmy wyizolowali z szumów kosmosu ich składowe, jest bardzo prawdopodobne, że uzyskalibyśmy sporo takich samych brzmień jak te wydobywane z generatorów elektronicznych. Dlaczego odbieramy je jako sztuczne? Bo nasze ucho ich nie zna z naszej codzienności, ale prawdopodobnie równie sztuczny wydałby się człowiekowi pierwotnemu dźwięk fortepianu, albo skrzypiec, z którymi to instrumentami my - ludzie współcześni - jesteśmy już po prostu nieźle zżyci.

Ja mam świadomość, że mój wywód nie zmienia faktu, że dla człowieka barwa z syntezatora jest sztuczna, ale jest też coś, co nazywa się upodobaniem czy też pociągiem do czegoś. Mnie syntetyczne brzmienia po prostu pociągają i fascynują - wiem, że przy okazji wysysają ze mnie soki, ale jeszcze na razie jest to nałóg, z którego rezygnacja byłaby dla mnie zbyt bolesna, dlatego mu ulegam...

...skocz do góry strony