Są na Ziemi takie miejsca gdzie legendarna rzeczywistość splata
się z teraźniejszością. Miejsca pełne magii, czarów i mistyki.
Większość współczesnych ludzi Zachodu kojarzy je głownie z Mistycznym
i tajemniczym Orientem: Tybetem, Nepalem, Indiami, dalekimi Chinami
i pustyniami Mongolii.
Jednak takie miejsca odnaleźć można też i w naszej starej poczciwej
Europie...
...cudze chwalicie swego nie znacie
Parę słów o mnie, nazywam się Arkadiusz Lisiecki i od osiemnastu
lat badam ezoteryczne tajemnice Wschodu i Zachodu. Zgłębiałem różne
Ścieżki i Nauki, w niektórych doszedłem do momentu, że mogę przekazywać
to, czego się nauczyłem i co wypraktykowałem.
Było Zen, Reiki i Seichim, których jestem Sensei (Mistrzem Nauczycielem),
był Buddyzm Wadźrajany i różne rodzaje Jogi, ale jedna pozostawała
zawsze gdzieś jako tło od chwili, gdy ją poznałem dziwnym "zbiegiem
okoliczności" w latach 80 tych, to Wicca – jedna ze współczesnych
rekonstrukcji starych europejskich Misteriów z czasów przedchrześcijańskich,
w których nawiązuje się mistyczna więź z całym Życiem Natury, upostaciowanych
w Wielkiej Bogini, która jest Źródłem wszelkiego
Życia oraz jej Świętym Małżonku i Synu zarazem Rogatym Bogu
wszystkiego, co Dzikie i Wolne, tym, który jest siłą zapładniającą
i początkującą wszelkie Życie a także tym, który daje odpoczynek
w Śmierci, która Jest nowym Początkiem.
Więcej na ten temat znajdziesz na mojej stronie.
Pragnę opowiedzieć o wyprawie do jednego z Magicznych i Mistycznych
w Europie miejsc, którą odbyłem w tym 2003 roku w marcu, o wyprawie
w przestrzeni i czasie do miejsca zwanego Glastonbury
w Wielkiej Brytanii, gdzie współczesność XXI wieku splata się z
legendarna i wieczną mistyczną rzeczywistością Wyspy Avalon.
W zeszłym roku, latem, w swojej drodze na Duchowej Ścieżce doszedłem
do rozdroża. To, co robiłem dotąd przestało spełniać swoją funkcję.
Co gorsza, zaczęło być wręcz groźne dla mojego zdrowia i życia,
tak jakbym jeździł starym rozpadającym się samochodem, któremu co
rusz odpada jakiś element grożąc w każdej chwili wypadkiem. Pojazd
spełnił po prostu swoje zadanie i czas było przesiąść się do nowego,
odpowiedniejszego środka transportu.
Zrobiłem sobie dłuższe wakacje nad morzem, gdzie w spokoju przemyślałem
i przemedytowałem wszystko, co dotąd robiłem, odkryłem po raz kolejny
na nowo Piękno Boskości manifestującej się poprzez Piękno Natury
i otworzyłem się na inspiracje, jaką drogą podążyć dalej. Gdy wróciłem
do domu, w starych notatkach sprzed wielu lat odkryłem materiały
z kursu Wicca, o który kiedyś zahaczyłem i po ich przeczytaniu olśniło
mnie. Tak, to jest to, stara dobra Wicca, tylko tym razem w bardziej
dojrzały sposób niż kiedyś.
Odnalazłem na Internecie stronę mego dawnego znajomego, który ten
kurs prowadził i ku memu radosnemu zdziwieniu okazało się, że założył
on grupę studyjną on-line, dla ludzi z całego świata zainteresowanych
jego kursem. Atmosfera okazała się przesympatyczna, zaś moje poprzednie
doświadczenia i wiedza bardzo mi się przydały w zrozumieniu tego,
co było tam przekazywane. Przyznam, że niektóre sprawy było mi ciężko
zaakceptować po rygorystycznym i surowym podejściu, jakie reprezentowały
Wschodnie Ścieżki, którymi wcześniej podążałem, ale to inna historia...
Po jakimś czasie udzielania się na grupie dyskusyjnej, zaprzyjaźniłem
się z grupą ludzi, cóż tak to jest, jak możesz z radością się z
kimś dzielić posiadaną wiedzą i doświadczeniem, razem doświadczać
krok po kroku duchowej Przemiany. Bez fałszywej skromności napiszę,
że okazałem się jednym z trojga najlepszych studentów w naszej grupie.
I tak oto padł pomysł abym przyjechał na doroczny zlot uczestników
studyjnego forum internetowego do Glastonbury. Na początku nie bardzo
wierzyłem, że to będzie możliwe, bo mimo tego, że z prosperującą
świadomością u mnie dobrze to jednak koszty były znaczne.
Jednak moi nowi Przyjaciele i Przyjaciółki stwierdzili, że rozumieją,
jaką mam sytuację i pomogą mi znacznie zredukować koszty, w końcu,
jak się grupa złoży to nie ma sprawy.
W międzyczasie dokonałem swojej dedykacji na Ścieżkę Wicca, stało
się to podczas wyprawy do czeskiego krasu – Przepaść Macochy, może
kiedyś o tym napiszę...
Potem okazało się, że na tyle zasymilowałem materiał, iż jest duże
prawdopodobieństwo, że może będę mógł przejść inicjacje pierwszego
Kręgu Wtajemniczenia w Wicca, ale to nic pewnego... I mimo różnych
przeszkód natury zarówno materialnej, jak i duchowej, które były
tylko sprawdzianami mojej determinacji w dążeniu na Nowej Drodze,
dzięki pomocy grona, które wybierało się na zlot 21 marca 2003,
wyruszyłem w moja Wyprawę po Graala.
Tu pragnę wyrazić wielką wdzięczność moim polskim przyjaciołom
i studentom Reiki Bogusi Andrzejewskiej (znany psychografolog i
instruktor kursów Prosperity, znanej szerzej pod pseudonimem autorskim
Szarotka - Edelvejso) i Andrzejowi Bednarzowi (wieloletni praktyk
i teoretyk Reiki, autor paru książek na temat Reiki i medytacji)
za pojawienie się w odpowiednim momencie z prośba o przeszkolenie
i inicjacje na Mistrza Nauczyciela Reiki, bez których ta wyprawa
by się nie odbyła.
Tuż przed wyjazdem dowiedziałem się, żebym się przygotował, bo
zapadła decyzja na temat mojej inicjacji. Jeszcze z pewną dozą niedowierzania
i lekkiego niepokoju (w końcu to ponad 1300 km) wsiadałem do autobusu
linii Eurolines, który miał mnie zawieźć do Albionu (Wielkiej Brytanii).
Niepotrzebnie się denerwowałem. Podróż przebiegła bardzo miło, miałem
możliwość nawet się położyć, ponieważ miejsce obok mnie było wolne,
towarzystwo też dopisywało, choć nie za bardzo lubię, jak ktoś najpierw
pije bez umiaru a potem sypie głupimi dowcipami. Ale odrobina magii
położyła towarzystwo spać, a co Wiedźmak jestem czy dupa?
Jechaliśmy przez Niemcy, potem Holandię, Belgię, Francję, we Francji
promem z Calais przeprawiliśmy się do Dover. Albion powitał mnie
widokiem fantastycznego, białego wapiennego nadbrzeża na oświetlonego
wiosennym Słońcem, na którym widać było ruiny starodawnych fortec
strzegących kiedyś brzegów Albionu. W Dover czekała nas odprawa
celna i przejście przez Biuro Imigracyjne. Pilotka, urocza pani
Jola poinformowała nas, żeby w karty imigracyjne wpisać, jak najdokładniej,
gdzie się udajemy łącznie z telefonami kontaktowymi.
Ufff, całe szczęście dysponowałem wszystkim, co trzeba.
Zastanawiałem się tylko, co powiedzieć Urzędnikowi Imigracyjnemu,
ale widząc przesympatycznego starszego pana zdecydowałem się po
prostu powiedzieć prawdę. Był lekko zdziwiony, gdy powiedziałem
mu, że jadę na kurs związany z rozwojem duchowym, ale nazwa Glastonbury
wyjaśniła mu wszystko, z uśmiechem wbił mi 6 miesięczną wizę w paszport
i przepuścił dalej.
Byłem w Anglii
Z trzydziesto-paro osobowego składu w autobusie nie przepuszczono
tylko dwóch osób. Jeden facet od początku był jakiś dziwny i podejrzany
dla wszystkich, jedna dziewczyna, co jechała pracować na czarno,
po prostu zaplątała się w zeznaniach. No cóż, bywa i tak.
Tu mała dygresja, wszystkich o innym kolorze skóry niż
biały, brano na rewizję osobista i przepytywanie na osobności.
Hmmm, niech mi ktoś powie, że nie ma rasizmu? No tak, ciemnoskóry
lub śniady to potencjalny terrorysta, ach ta wojenna paranoja...
Pojechaliśmy dalej do Londynu, pierwsze wrażenie: miasto ponure,
budynki utrzymane w burej lub brązowej tonacji, gdzieniegdzie tylko
budynki białe i kolorowe w starym stylu tawerny i gospody z kolorowymi
szyldami, jak za dawnych czasów, piszę tu oczywiście o Starym Londynie
a nie nowoczesnym City, w którym standardowo hamerykański styl.
Wysłałem SMSa do przyjaciół - Ravenspirit i Madra, którzy mieli
mnie odebrać z dworca autobusowego Victoria Green Lines, że już
dotarłem, uff... Oni nie mieli tyle szczęścia. Ich autobus utknął
w korku. Miałem więc półtorej godziny czekania, zatem znalazłem
sobie wolne miejsce w poczekalni na Victoria Coach Station i czekałem.
Zauważyłem też, że siedzę przy bramce numer jeden.
Jeden- numerologicznie związane jest z astrologicznym znakiem Barana,
Słońcem, nowym Początkiem, zapładniającą Siłą Życia. Hmm.... Dobra
wróżba. No i się doczekałem. W sumie to widziałem ich już wcześniej
na zdjęciach, ale nie przypuszczałem, że Ravenspirit to taaaaaka
duuuża kobietka, ponad metr osiemdziesiąt, a przy tym rubensowskich
kształtów. Nie na darmo wybrała sobie nicka na necie Wyverna (Smoczyca).
A jej mąż, Madra, znacznie od niej mniejszy, ale cóż, prawdziwa
miłość nie patrzy na wymiary.
W każdym razie po powitalnych "niedźwiadkach", co zważywszy na
posturę Ravenspirit jest bardzo adekwatną nazwą, udaliśmy się do
pobliskiego baru cosik podjeść, bo do autobus w kierunku Portsmouth,
gdzie mieszkali, było troszkę czasu. Stamtąd mieliśmy w niedzielę
23.03.2003 pojechać pociągiem z paroma przesiadkami do Glastonbury.
No i faktycznie byłem w cywilizowanym świecie. Jestem od
długiego czasu wegetarianinem i nie mam zamiaru zmieniać przyzwyczajeń
kulinarnych. W barze czekała mnie miła niespodzianka. W
menu była cała sekcja specjalnie dla mnie. Uczcie się od
Zachodu tego, co dobre, polscy restauratorzy!
Potem pojechaliśmy do wspomnianego wcześniej Portsmouth, gdzie
moich przyjaciele mają swój mały uroczy dwupiętrowy domek niedaleko
morza. Ravenspirit i Madra uwielbiają zwierzęta, mieszkają sobie
z czterema kotkami, jedną świnką morską i pięćdziesięcioma kolorowymi
szczurkami. Ravenspirit jest hodowcą szczurków ozdobnych.
Koty, jak zwykle, były mną żywotnie zainteresowane, kazały się
głaskać i pieścić na wszelkie możliwe sposoby - zwierzaki mnie kochają.
No, może z wyjątkiem jednego o wdzięcznym imieniu Bagheera,
który wobec wszystkich trzymał dystans. Miał ciężkie przejścia,
więc mu się nie dziwię (kociak "z odzysku"). Ponieważ
byliśmy wszyscy dość zmęczeni, a ja szczególnie po podróży, więc
wcześnie poszliśmy spać.
Rano 23.03.2003 po szybkim śniadaniu składającym się z płatków
kukurydzianych z mlekiem, które ku zgrozie gospodarzy zjadłem z
gotowanym mlekiem na ciepło, udaliśmy się z bagażami taksówką na
dworzec ichniego PKP.
Jak się w miedzy czasie okazało, pewien odcinek torów był w remoncie
i w pewnym momencie trzeba było przesiąść się na podstawiony autobus.
W końcu dotarliśmy do Castle Carry, najdalej jak się tylko da dojechać
pociągiem, wybierając się do Glastonbury. Hrabstwo Sommerset powitało
nas widokiem bezchmurnego pięknego nieba z cudownym wiosennym słońcem,
pięknych zielonych wzgórz oraz "wiejskimi zapachami" z pobliskiej
farmy. Po dłuższej jeździe wylądowaliśmy w Glastonbury na Chilkwell
Street, w Międzynarodowym Ogrodzie Pokoju -
Chalice Well
Chalice Well to miejsce niezwykle założone pod koniec XIX wieku
przez pastora Tudor Pole, który był zafascynowany Arturiańskimi
Legendami, związanymi z Glastonbury i jego okolicami. W ogrodach
tych bije w studni źródło, w którym według legendy Józef z Arymatei
wymył czy też ukrył kielich, w który zebrał krew Jezusa po ukrzyżowaniu.
Dlatego, jak głosi legenda chrześcijańska legenda, jego wody są
zabarwione na czerwono i mają uzdrowicielską moc. Istnieje jednak
legenda znacznie starsza, mówiąca o tym, że Wielka Bogini w swej
postaci Matki przechadzała się tamtymi okolicami i spoczęła, gdy
nadszedł jej Czas Czerwonego Księżyca, a jej krew miesięczna spłynęła
na tą ziemię, niosąc jej urodzaj i uzdrowienie. Stąd źródło to jest
Łonem Bogini, Prawdziwym Pierwotnym Graalem, z którego wypływa Jej
uzdrawiająca krew. Naukowe wyjaśnienie jest oczywiście takie, że
ziemia tamtejsza zawiera bogate złoża rud żelaza i to one tak zabarwiają
wodę.
A nad całą okolicą wznosi się majestatyczne wzgórze Glastonbury
Tor ("tor" to w języku staro-gaelickim właśnie wzgórze).
Kiedyś ta okolica była jednym wielkim jeziorem, o którym wspomina
legenda arturiańska, a na jego środku wśród mgieł znajdowała się
Wyspa Avalon, miejsce będące Świątynią Wielkiej
Bogini oraz ośrodkiem treningowym dla Kapłanek i Kapłanów Wielkiej
Bogini i Rogatego Boga. Później, gdy Stara Wiara została ogniem
i mieczem wyparta przez jakże miłujący pokój Katolicyzm, na wyspie
powstał klasztor pod wezwaniem Świętego Archanioła Michała a teren
osuszono. Nazwa klasztoru nieprzypadkowa, gdyż nowi panowie tych
ziem chcieli w ten sposób uczcić swoje zwycięstwo nad pogańskimi
wierzeniami, które uosabiał dla nich Smok. Smok to symbol Mocy Ziemi,
symbol Misteriów Bogini, smok jest Strażnikiem Tajemnicy i Tajemnicą
samą w sobie. Kto zrozumie Smoka, zrozumie tajemnice Natury, ale
nie prędzej niż przejdzie przez Labirynt będący Łonem Bogini i narodzi
się na nowo.
Wiedząc, że miejsce to jest Święte, pełne Mocy
dającej życie, postanowili je jeszcze bardziej zbrukać i ustanowili
tam miejsce kaźni. Skazańcy odbywali na nie swą ostatnią drogę,
ich krew przelana z nienawiścią spadała i zanieczyszczała świętą
ziemią poświęconą Wielkiej Bogini.
Myśleli, że wygrali, a Smok czekał... Smoki są cierpliwe, oj cierpliwe...
Dość krótko po sekularyzacji zakonu Benedyktynów, do których ten
klasztor należał, w tej spokojnej sejsmicznie okolicy nastąpiło
silne trzęsienie ziemi i klasztor pochłonęła ziemia. Została tylko
jedna wieża, na której upamiętniono płaskorzeźbami... mord i masakrę
dokonaną przez mieniącymi się miłosiernymi chrześcijan na wyznawcach
i stanie kapłańskim Starej Wiary.
Tak oto sama Bogini Ziemia upomniała się o swoje miejsce
Niestety, wyrządzona krzywda pozostała, ziemia była nadal przesiąknięta
przelaną w gniewie i nienawiści krwią. Potrzeba było dużo czasu,
żeby to się zmieniło.
I w końcu nastał czas, gdy ludzie zaczęli sobie przypominać stare
legendy grzebać w tym, co było, sięgać dalej w głąb historii i odgrzebywać
stare wierzenia tych ziem. Z jednej strony czas rozumu i techniki,
ale i renesansu i rozkwitu europejskiej myśli Okultystyczno –Ezoterycznej-
wiek XIX. Wtedy to liczni ezoterycy i ezoteryczki (np. Dion Fortune)
przypomnieli sobie o tym pradawnym miejscu Mocy i zaczęli powoli
odkrywać jego tajemnice na nowo.
Smok, przypatrywał się temu na początku z nieufnością, ale potem
doszedł do wniosku, że niektórzy rokują nadzieje na przywrócenie
jego dziedziny do porządku i zaczął ich wspierać. I tak oto Glastonbury
z małej, zapomnianej mieściny, gdzieś między wzgórzami rolniczego
hrabstwa Sommerset stało się Mekką różnych ludzi poszukujących ezoterycznych
korzeni europejskiej przedchrześcijańskiej duchowości.
Wspomniany wcześniej pastor Tudor Pole był człowiekiem o otwartym
umyśle, a nie fanatykiem. Interesowała go duchowość Wschodnia i
Teozofia, z których czerpał to, co przydatne było w zgłębianiu jego
własnej, chrześcijańskiej mistyki. Ustanowił więc wokół źródła Czerwonej
Wody (Red Waters) i Białej Wody (Whitewater) Ogród Rozmyślań i Medytacji,
gdzie każdy, bez względu na wyznanie, może znaleźć miejsce do chwili
zadumy i kontemplacji. Później opiekę nad ogrodem przejęła organizacja
Chalice Well Trust i tak jest do dzisiaj.
Tyle pokrótce o Chalice Well. Z góry uprzedzam, że niektóre rzeczy
nie pochodzą ze źródeł historycznych, tylko z przeprowadzonego przeze
mnie Channelingu.
Tak oto dotarłem z Ravenspirit i Madra do Bram Ogrodu Edenu, eerrrr,
Chalice Well.
Na portierni dowiedzieliśmy się, że reszty jeszcze nie ma, jest
tylko jedna osoba, ale poszła na miasto cosik zjeść. Pozwolono nam
zostawić bagaże, po czym również udaliśmy się, do poleconej przez
przemiłą panią z obsługi, knajpki na obiadek.
Pierwsze wrażenie, gdy znalazłem się na głównym deptaku Glastonbury?
Magiczno-ezoteryczna Mekka
Takiego zagęszczenia sklepików magicznych, księgarni, ezoterycznych,
New Age'owych, różnych ośrodków medytacyjnych, od chrześcijańskich
poprzez muzułmańskie, buddyjskie i pogańskie nie widziałem nigdy
w życiu. Do wyboru do koloru, co kto chce. A na ulicach, co rusz
to ktoś w jakiś ciekawym ubranku, albo z oryginalna biżuterią. Bardzo
"ezoteryczną" oczywiście.
Zajrzeliśmy do jednego ze sklepów po drodze, specjalizującego się
w tybetańskich i nepalskich wyrobach. Znalazłem tam prześliczną
tankę Buddy Medycyny, z przedstawieniami wszystkich ważniejszych
ziół używanych w Medycynie Tybetańskiej.
No, ale nie kupiłem... za drogo. Ravenspirit sobie kupiła śpiewającą
misę.
Przy okazji, oboje z Madra mieli mały wykładnik, kogo przedstawiają
te wszystkie śliczne posążki. Znaleźliśmy wreszcie to Olly`s Place,
niezbyt wyszukanie, prosty wystrój, drewniane stoły, yes, coś dla
nas Pogan w sam raz.
Co jak co, ale tu miałem z czego wybierać, jeżeli chodzi o jedzonko
- specyfika miejsca. Spotkaliśmy tam jedną z uczestniczek
zlotu......Firebird.
Nie było najmniejszego kłopotu z rozpoznaniem, choć jej zdjątko,
które żeśmy widzieli było maciupkie, filigranowe, jak sama Firebird.
Zamówiliśmy więc, każdy co tam chciał, do jedzonka i zaczęła się
rozmowa jak upłynęła podróż itp. Hmmmm, no powiedzmy... Głównie
się przysłuchiwałem, raczej niż uczestniczyłem i starałem się zrozumieć,
o co im chodzi.
Znam angielski, ale co innego pogadać w pracy od czasu do czasu
telefonicznie z kontrahentem, choć nie Anglikiem tylko Azjatą, a
co innego z kimś, kto angielskiego używa od dziecka. Och, coś jakby
gadać ze Ślązakiem używającym śląskiej gwary, niby polski, ale...
Jakoś mi tak było głupio i w końcu grzecznie poprosiłem, czy aby
towarzycho może być tak miłe i zdeczka zwolniło, bo ja za Chiny
Ludowe nie rozumiem, o co im chodzi. Upsss, tak dotarło. A i tak
minęło parę dni zanim się osłuchałem ze specyficzną wymową.
Po zapłaceniu rachunku wyruszyliśmy z powrotem do Chalice Well,
komentując po drodze mnogość sklepików i koszmarną w nich panującą
drożyznę. Oj, golą turystów na wszystkim. Za prosty w sumie obiadek,
w którym we wrocławskim barze wegetariańskim Vega dałbym góra 20
zł, zapłaciłem w przeliczeniu 40 zł!!! Potem doszedłem do wniosku,
że nie ma co przeliczać, bo zgłupiałby człowiek. Tak, więc pamiętaj
czytelniku/czytelniczko, jak będziesz kiedyś się wybierać w tamte
strony samodzielnie, to albo własne zapasy, albo worek pieniędzy
lub pół-pościk dla zdrowia.
Gdy dotarliśmy na miejsce czekała na nas reszta ekipy: Dawid, Sherry
i Florence, nasi wykładowcy i duchowi opiekunowie, oraz Eagle i
Highlander (mąż Sherry).
Co do niektórych osób używam ich nicków z internetu ponieważ zostałem
wyraźnie poproszony, aby respektować ich prywatność.
Dawid jest Anglikiem z Cambridge, jest twórcą naszej Tradycji Wicca,
co by nie mówić - jej Sercem, oj a Serduszko to ma czlowiek wieeelkie
:) Jest on uczniem między innymi Viviane Crowley.
Florence jest Amerykanką z New Jersey w USA i Arcykapłanką, (High
Priestess), uczennicą Dawida. Razem prowadzą ta internetową grupę
studyjna, w której uczestniczę.
Sherry też jest z USA, z Kalifornii i jest Królową Wiedźm (Witch
Queen) i Starszą (Elder) tradycji Gardneriańskiej Wicca od
ponad 30 lat, bezpośrednią uczennicą ludzi, którzy przywieźli Gardnerian
Wicca do USA. Jej mąż jest z Gór Ozark w Arkansas. Dlatego nazywam
go tu Góral, Highlander.
Facet jest poprostu niesamowity! Jest półkrwi Irlandczykiem, ze
strony matki i półkrwi Indianinem z plemienia Ozark, ze strony ojca
i to widać po nim (no i stary harleyowiec do tego).
Eagle to Anglik, na początku był małomówny, ale potem okazało się,
że jajcarzem jest nie z tej Ziemi i to bynajmniej nie reprezentującym
typowego angielskiego humoru.
Gdy żeśmy się serdecznie przywitali, zostali powiadomieni o zwyczajach
panujących w schronisku Lt St Michael`s, w którym mieliśmy mieszkać
i rozlokowaliśmy się po pokojach, zjedliśmy skromną kolacyjkę przygotowaną
przeze mnie i Madra, było już trochę późno.
Dawid zdecydował, że trzeba by się wyspać na dzień następny po
podróży, ale najpierw udaliśmy się na samą górę schroniska (ono
ma 3 piętra). Tam była sala medytacyjna, gdzie normalnie, co Środę
i Niedzielę odbywa się Medytacja Pokoju dla Świata. W tej oto sali
Dawid i Sherry, którzy byli głównymi nauczycielami na tym warsztacie
przeprowadzili z nami Rytuał Otwarcia. Przepięknie poprowadzili
medytację łączącą z energią i dawnymi czasami świetności tych ziem,
gdy ludzie żyli tu szczęśliwie praktykując Stara Wiarę, pod opiekuńczą
pieczą Wielkiej Bogini, medytację łączącą nas z magicznym królestwem
Wyspy Avalon.
Potem jeszcze odbyłem dłuższą rozmowę z Sherry, która sprawdzała
moją gotowość do Inicjacji, okazało się, że wszystko o.k. i czas
mój przyjdzie w czwartek. Dała mi pewien temat do przemedytowania
na te wszystkie dni i potem poszliśmy spać.
Poniedziałek 24.03.2003 zaczął się oczywiście śniadankiem a potem
były wykłady na temat Kabały i jej zastosowania w działaniach mistyczno-magicznych.
Omawialiśmy głównie Drzewo Życia i Sefiroty, tak zeszła duża cześć
dnia. Potem Madra oznajmił, że będzie nam kucharzyć przez cały tydzień,
bo ma do tego natchnienie a za pomocnika dostał Highlandera.
Poczciwy Kowboj Autostrady wybrał się na zakupy, no kupił wszystko,
ale narzekał strasznie, że go ludzie nie rozumieją, potem chodził
z Madra. No, cóż ja go nie rozumiałem praktycznie przez cztery dni
aż załapał inny sposób wymowy. Zresztą ciekawa obserwacja, jak w
miarę kolejnych dni wszyscy zaczęliśmy się rozumieć w pół słowa,
na granicy telepatii i empatii. Po wykładach każdy dostał jedną
Sefirotę do przemedytowania w absolutnym milczeniu, które miało
trwać do wieczora. We wtorek każde z nas miało mieć za zadanie powiedzieć
a właściwie przedstawić innym w formie scenki, przypowieści, co
zrozumiało i czym dla niego/niej jest ta sfera Drzewa Życia.
Poszedłem sobie do ogrodu, cóż, a gdzie niby miałem medytować nad
Tipheret?
Boskie Piękno i Miłość
No i tak sobie siedzę przy Studni Kielicha i medytuje, no i przypomniały
mi się takie różne sprawy z mego życia, które można było podciągnąć
pod doświadczenia Tipheret, ale też i sprawy przykre, takie tam
cierpienia damsko-męskie, które myślę, że dawno odreagowałem i sobie
i wplątanym w to kobietom wybaczyłem. Ale tak mnie siekło katharsis,
jak co najmniej po trzech dniach intensywnej medytacji na odosobnieniu
z Jogi, gdzie ostro przerabiało się różne sprawy. A ja tu byłem
raptem jeden i pół dnia! I nic zbyt intensywnego nie robiłem. No,
nic poskładałem się i poczyściłem na tyle ile umiałem, ale nadal
było ciężko, no, nie szło się zająć tematem, byłem rozwalony.
Poszedłem do Dawida przeprosiłem, że ja wiem, że jest praktyka
milczenia, ale ja nie mogę i wytłumaczyłem mu w czym rzecz. Usiedliśmy
sobie na ławeczkach w ogrodzie i tak na spokojnie pogadaliśmy o
tym, co mnie dręczy. Uff... trochę pomogło. Ale Dawid zaproponował,
że mi cos pokaże. Zgodziłem się.
Więc najpierw poszliśmy do Czerwonych Wód, wiadomo energia Żeńska,
a potem na zewnątrz ogrodów do Białych Wód- symbolu energii Męskiej.
Okazało się, że kiedyś te dwie wody płynęły obok siebie i w pewnym
miejscu się łączyły, potem wody puszczono osobnymi kanałami. Tak
powstała energia Separacji no, i właśnie to mnie siekło, bo miało,
po czym.
Następnie udaliśmy się razem na Glastonbury Tor, spod którego źródła
biorą swój początek. Do miejsca gdzie to, co Żeńskie i Męskie jest
Jednością. No i tu Dawid postawił mnie przed Wyborem: albo pójdziemy
dłuższą ścieżką betonowaną dla turystów, albo na przełaj tylko dla
odważnych. Wybrałem to drugie . No i dawaj pod tą górę na szagę,
kto pierwszy.
A to spory kawałek pod górkę, oj spory. Po drodze chwilka odpoczynku
na jednej z ławeczek, krotka wymiana zdań o tym, co tu kiedyś było
i co tu jest kiedyś do zrobienia i dalej na przełaj na szczyt! Kiedy
dotarliśmy na miejsce nie było we mnie śladu po depresji. A widok
był cudowny! W dole widać było mozaikę pól, domów lasów, rzeki,
całe piękno okolicy i mistyczne mgły zaczynające się ścielić tu
i ówdzie. Dawid opowiedział mi, jaką rolę kiedyś to miejsce pełniło
i pełni w naszych Misteriach, a tak się fajnie złożyło, że było
tam dwoje młodych ludzi z wielkim bębnem, który umieścili w tej
wieży, co pozostała. No i jeden z nich na nim miarowo dudnił. Wyobraźcie
sobie, jaki to robiło klimat do opowieści Dawida!!!
WOW! Ale jazda!
Miedzy innymi na górze tej w Święto Beltaine dochodziło do Świętej
Unii-HierosGamos. Pomiędzy Najwyższą Kapłanką Bogini i Najwyższym
Kapłanem Rogatego Boga, aby zapewnić okolicy szczęście i urodzaj
na resztę rocznego cyklu. No, dziś troszkę ciężko to zorganizować
na szczycie. Ech, ci kręcący się turyści. No chyba, że późno w nocy,
ale te wertepy po ciemku nie sprzyjają nocnym odwiedzinom.
Potem wróciliśmy do Ogrodów i już na spokojnie kontynuowałem zadaną
praktykę i wpadłem na cudowny pomysł, jak odegrać moją scenkę!
Potem po kolacji Florence poprowadziła ćwiczenia związane z wybaczaniem,
hmmm, wygląda na to, że załapałem się na temat wcześniej przed wszystkimi.
A później, jak już było ciemno, zarządzono uroczystą procesję do
Studni kielicha, aby uhonorować Moce Życia- Wielką Boginię i Rogatego
Boga. Ubraliśmy się, więc, jak na Kapłanki i Kapłanów Starej Wiary
przystało w nasze ceremonialne szaty, każde z nas dostało malutką
zapaloną świeczkę i tak w procesji na przemian kobieta, mężczyzna
prowadzeni przez Sherry i Dawida udaliśmy się do Studni Kielicha.
Gdy tam doszliśmy otoczyliśmy ją kręgiem przyjaźni, kobiety i mężczyźni
na przemian i zaśpiewaliśmy na dwa głosy w kanonie świętą pieśń
wielbiącą Boską Parę. Kobiety śpiewały pieśń "We all come from the
Goddess......." a mężczyźni "Hoof and Horn...." I tak splatająca
się pieśń niosła się przez nocny ogród poświęcony Bogini aż do wspaniałego
crescendo, po którym zapadła ciiiisza zakończona gromkim "Blessed
Be!" (Bądź Błogosławiony!). Słowa nie są w stanie oddać całej radości
i uniesienia, jakie nas przy tym ogarnęło, takie coś trzeba po prostu
przeżyć!
Potem, gdy wracaliśmy Firebird trochę się zakręciło w głowie od
nadmiaru wrażeń i energii, więc resztę drogi odbyła wsparta o silne
męskie ramiona, moje i Highlandera. Doprowadziliśmy ją na schodki
przed wejściem i tam chwilę posiedziała, żeby ochłonąć., jak nam
potem powiedziała zobaczyła przecudne błękitne światło, które przeniknęło
ją całą a błękit to kolor Bogini i kolor absorbujący cierpienie.
A potem znowu my lulu żeby wypocząć.
We wtorek 25.03.2003 nastał piękny wiosenny dzień, ptaki świergoliły
tak jakby chciały wyćwierkać się za całą zimę. Nadal jednak nie
wiedziałem, co ja mam pokazać jako swoją Sefirę. Idea była, ale,
jak to pokazać a nie tylko opowiedzieć? No i gdzie to pokazać?
Ba, żeby to miała być prowadzona medytacja to było by o.k., to
ja umiem doskonale, ale scenka??? Poszedłem sobie do Studni. Tak
siedzę i kombinuję, jak koń pod górę, no, tu niby ładnie, ale coś
nie tak. Nic, wyciszyłem się trochę machnąłem na to ręką, coś się
zaimprowizuje i tyle. Postanowiłem zjeść śniadanie ale najpierw
poszedłem do niżej położonej fontanny, takiej głowy lwa nad basenikiem,
z której płynie źródlana woda, żeby się napić i opłukać., jak to
zrobiłem to tak sobie siadłem, żeby chwilę ochłonąć i tak się rozglądam
i mi się westchnęło: "Aaale tu pięknie!" Ej! PIĘKNIE! Hej! PIĘKNO!
TIFERET!
Zaraz, zaraz a, jak ja to zauważyłem? Co do tego doprowadziło?
AHA! I wpadłem na cudowny pomysł, jak odegrać moja scenkę! Potrzebowałem
jeszcze parę drobiazgów. Nie było z tym problemów. Byłem gotowy.
Później tego ranka odbyliśmy naszą wędrówkę po Drzewie Życia. Każdy
z nas upatrzył sobie wcześniej jakieś miejsce w Ogrodzie na Sefirotę
i razem udaliśmy się w Mistyczna Drogę. Wyglądało to tak, że osoba,
która miała zrobić scenkę szła naprzód, przygotowywała się a potem
podchodziliśmy, słuchaliśmy i oglądaliśmy a następnie zadawaliśmy
pytania.
Pierwsza była Sefira Malakuth- Królestwo
Tu Madra i Highlander przedstawili nam ludzi zagubionych w materializmie,
ale którym ewidentnie czegoś w życiu brak, szukający różnych rozrywek,
zmysłowych rozkoszy, ale którym ciągle coś umyka i w końcu odkrywają,
że istnieje inny wymiar Życia. Na początku się boją podjąć wyzwanie,
ale w końcu wyruszają przez bramę na Ścieżkę.
Później napotkaliśmy Sefirę Yesod – Podstawa, Przygotowanie, której
Strażnikiem był Eagle.
Siedząc w lotosie wyjaśnił nam konieczność praktyki podstaw duchowości,
różnych ćwiczeń duchowych, stworzenia bazy i podstawy do dalszego
rozwoju, uświadomił, jak ważna jest praca z emocjami i wybaczaniem.
Na koniec każdy dostał kamień księżycowy równoważący i oczyszczający
dwie ćiakre.
Dalej nasza droga powiodła do Hod- Chwała, gdzie Ravenspirit wyjaśniła
nam, jak ważna jest Prawda na duchowej Ścieżce, jak ważne jest wprowadzanie
abstrakcyjnych idei w życie, żeby nie były od niego oderwane. A
na koniec poczęstowała nas Jabłkiem z Drzewa Mądrości z przestrogą,
że, jak je zjemy to nie będzie już wyjścia, tylko trzeba będzie
zaakceptować Prawdę o sobie i Święcie takim, jakim on jest. Następnie
powędrowaliśmy do Netzach, gdzie z kolei Firebird uświadomiła nam,
jak ważne jest odkrycie w sobie bezinteresowności w działaniu dla
innych, zrobiła to na prostym acz poruszającym przykładzie. Opowiedziała
nam, jak kocha swoje dzieci i swojego męża. Naprawdę wzruszyło nas
to do łez.
Dalej droga poprowadziła do Tipheret.
Upss, moja kolej! Poprosiłem towarzystwo o chwilę czasu na aranżację
i pogoniłem do lwa. Tam zapaliłem wokół basenu świeczki, pod spływającą
wodę wstawiłem Kielich a przed nim kryształ, w którym odbijały się
promienie słońca rozszczepiając się na tęczę. Jej! Ale ładnie!
No i ta zieleń i kolory kwiatów wkoło! Byłem ubrany w jasno zieloną
szatę i miałem przygotowane dzwonki tybetańskie- takie dwa talerzyki
ze spiżu dające cudowny dźwięk, gdy się je trąci. I przyszli Poszukiwacze-Wędrowcy.
Przedstawiłem im, kim jestem i czego tu nauczyć się muszą, jeśli
mam ich przepuścić dalej. "Nie poznasz, czym jest Boskie Piękno
ze śmietnikiem w myślach, emocjach. Oczyść swe oczy z tego, co widziały,
oczyść swe usta, z tego, co mówiły, oczyść swe uszy z tego, co słyszały,
oczyść swe ciało, swe ręce z tego, co odczuwały." I tak każdy podchodził
do Kielicha i oczyszczał się w Świętej Wodzie Boskiego Źródła. Gdy
wszyscy byli gotowi nadszedł czas na dalszy przekaz. "Gdy twe zmysły
są oczyszczone, gdy twe myśli są oczyszczone, gdy twe emocje są
oczyszczone zasłuchaj się w Dźwięk Ciszy i patrz!" DZYŃŃŃŃŃŃŃŃŃŃ
– zabrzmiały tybetańskie talerzyki przeszywającym wibrującym dźwiękiem
cichnącym aż do Ciszy...
I tak pozostali Wędrowcy czas jakiś w cichej kontemplacji Boskiego
Piękna! I oto niespodzianka ich spotkała, bo to nie był koniec cudowności,
jakie ich spotkały!
"Przeto skoro otwarty jesteś na Boskie Piękno to dzięki temu po
raz pierwszy doświadczysz łyku Wody Żywej!" I tak oto wziąłem Błogosławiony
Kielich Wody Życia i każdemu z czcią pomogłem się napić i sam na
końcu też swój łyk wypiłem. Ukłoniłem się ładnie, podziękowałem
i grzecznie powiedziałem, że czekam na pytania o ile jeszcze jakieś
zostały.
Zamiast tego dostałem zbiorowego misia od wszystkich i od każdego
z osobna. Jeej ale fajnie! Na koniec Dawid stwierdził, że nie chciałby
psuć tak fajnej atmosfery, ale excuse me, ale gdzie dalej iść trzeba?
Hmmmm, wycięło? Amba zjadła? Jaka była następna Sefira?
Stąd to chyba już na bosterze kosmicznym prosto
w Keter? Dobra, spoko mój HP wykazał zrozumienie, wszedłem tak w
rolę energii i procesu, że miało prawo zdeczka mnie wyciąć.
Dalej poszliśmy do GEBURACH – Boska Władza i Prawo – prawo Lidera/Króla/Wodza
z Nadania. Sherry przywitała nas przy wodnej kaskadzie ubrana w
swój czarny płaszcz z insygniami Arcykapłanki. Wyjaśniła nam, jak
ważne są pewne zasady, których przestrzegać trzeba na duchowej ścieżce,
ale i wielkiej odpowiedzialności dla kogoś, kto osiągnie stadium
Geburah na swojej Drodze. Wielka Władza, Wielka Moc, ale i odpowiedzialność,
żeby władza z Boskiego Nadania nie stała się przyczynkiem do tyranii
i okrucieństwa. Ostrzegła nas też przez pułapką poczucia niezwyciężoności
i własnej boskości, gdy wydaje nam się, że wszystko nam wolno i
nie liczymy się z nikim i niczym, wtedy czar pryska i budzimy się
z ręka w nocniku, bo życie szybko weryfikuje takie jazdy. Właśnie
w tą pułapkę dał się złapać nauczyciel mojej poprzedniej duchowej
ścieżki. Uznał, że jest boskim wybrańcem i wszystko mu wolno i pozmienia
świat po swojemu bez względu na cenę, jaką będą mieli zapłacić jego
podopieczni i on sam. Dlatego odszedłem z organizacji Jogicznej w
której praktykowałem
Gdy zrozumieliśmy przesłanie Sherry z ulgą wyszła ze swej roli
surowej Królowej i z uśmiechem podziękowała nam, że mogła nam służyć,
było dużo śmiechu i oczywiście misiów.
Dalej poszliśmy do Chesed – Miłosierdzie, ale i podporządkowanie.
Zasada Przewodnictwa na zasadzie: przeszedłem pewną Drogę, mam
coś do przekazania, mogę Cię poprowadzić, jeśli tego chcesz. Mogę
cię wesprzeć, pokierować twoimi krokami, ale dopóty dopóki tego
CHCESZ. Przeciwwaga dla Geburah, które działa z zasadą MUSISZ.
Tu Strażnikiem był Dawid- hahaha, no, a któżby inny, cały on. Wyjaśnił
nam tę Zasadę rządzącą w tym stadium rozwoju i zapytał czy chcemy,
aby nas poprowadził. Ostrzegł, że zrobi to najlepiej, jak umie i
do miejsca gdzie może, i zaznaczył, że jest człowiekiem i też czasem
popełnia błędy. Zgodziliśmy się i poprowadził nas dalej Ścieżką
i doszliśmy do Otwartej Przestrzeni. Tu nas zatrzymał. "Tu zaczyna
się Wielka Otchłań – Sefira, która nie jest Sefirą, Droga, Która
Nie jest Drogą, ostateczne zaprzeczenie wszystkiego, co znasz i
doświadczyłeś, ostateczna konfrontacja z tym, czego się boisz, każdy
na swój własny sposób musisz się zmierzyć z Wielka Otchłanią. Dalej
cię poprowadzić nie mogę. Jeśli masz odwagę to Przekrocz Otchłań
a za nią oczekuje cię Chokma i Binach – Boskie Mądrość i Zrozumienie
– Bóg i Bogini takimi, jacy są naprawdę. Czy odważysz się na ten
krok?" I tu czekała na nas Florence, która jest Mroczna Kapłanką,
osobą wyspecjalizowaną w przeprowadzaniu adeptów przez najmocniejsze
procesy transformacyjne, prace z lękiem, śmiercią, kompleksami,
wszystkim, co składa się na Twój własny Cień. Na co dzień pracuje
zresztą w szpitalu również przy nieuleczalnie chorych, więc dobrze
zna z autopsji to wszystko.
Ja poszedłem pierwszy.
Zapytała mnie czy jestem gotów zmierzyć się z tym, czego najbardziej
się boję, czy jestem gotów wkroczyć na teren gdzie wszystko, co
znam jest bez wartości i nie ma zastosowania.
Odpowiedziałem, że tak. Zakryła mi więc oczy opaską i zaczęła prowadzić
aż straciłem orientację. Potem posadziła gdzieś na czymś i poprowadziła
w medytacji nad Otchłanią. Nie opiszę tego, po prostu cokolwiek
bym napisał nie odda tego, co się ze mną działo. Jedyne, co napiszę
to to, że nauka o Otchłani jest następująca: Trzy razy Otchłań przekroczyć
musisz: gdy ją pierwszy raz przekroczysz: umiera twoje stare ja
i rodzisz się na nowo. Gdy ją drugi raz przekroczysz zyskujesz łączność
ze wszystkim, co istnieje. Gdy ją trzeci raz przekroczysz jesteś
trwale Jednością ze Wszystkim (Unio Mystica). Innego sposobu nie
ma. Dlatego Wicca ma trzy stopnie i dlatego inicjacja nie jest dawana
ot tak sobie każdemu, kto przyjdzie z ulicy, jeżeli faktycznie ma
być to inicjacja a nie po prostu amatorskie przedstawienie teatralne.
Dlatego wielu ludzi wiele lat spędza po prostu na poziomie przygotowawczym
po Samodedykacji do Ścieżki lub Dedykacji przed Zgromadzeniem przeprowadzonej
przez Kapłankę/Kapłana. Jedna uwaga: w Wicca każdy po inicjacji
jest swoim własnym Kapłanem/Kapłanką, ktoś z zewnątrz po prostu
może pomóc służąc swoim doświadczeniem.
Potem poszedłem jeszcze czas dłuższy pomedytować nad Otchłanią...,
jak wróciłem to pierwsze, co zrobiłem to napiłem się woooody ze
źródełka.
Później po obiedzie udaliśmy się do miasta, aby odwiedzić pierwszą
w Wielkiej Brytanii oficjalnie rozpoznawaną przez Państwo Świątynię
Bogini założoną przez Kathy Jones, kobietę zasłużoną dla hrabstwa
Sommerset a Glastonbury w szczególności, która włożyła wiele pracy
w przypomnienie ludziom pradawnej historii tego miejsca i co za
tym idzie przyczyniła się do eksplozji zainteresowania nim. Hmmm,
nie dziwię się ludziom, że ją szanują i kochają. Dała pracę ludziom
z całej okolicy dzięki temu. Sama świątynia mieści się w podwórzu
jednego z domów przy głównej ulicy i ewidentnie już z zewnątrz widać,
że kobieca ręka prowadzona przez Boginię to miejsce urządziła. Wszystko
w łagodnych pastelowych kolorach lila, miękkie i zaokrąglone, otulające,
ciepłe i bezpieczne. Świątynia składa się z jednego dużego pomieszczenia,
w którego jedna cześć jest administracyjno – zaopatrzeniowa a w
drugiej jest taki uskok w podłodze i główna "nawa", w której stoi
ołtarz a na nim figura Wielkiej Bogini.
Tym razem aranżacja ołtarza pozostała jeszcze z obchodów Sabatu
przesilenia wiosennego OSTARA. Więc centralna część ołtarza zajmowała
wiklinowa figura Bogini ubrana w Zielone Sari, obok pod ścianą była
inna drewniana mniejsza figura, przedstawiająca
Boginię jako uosobienie
Zmysłowego Piękna
Siedząca kobieta o bujnych piersiach apetycznie zaokrąglana tam
gdzie trzeba, o pięknej twarzy, obiema rękami podtrzymująca swoje
włosy z tyłu za głową tak, że eksponuje swoje wdzięki a na tych
włosach wgłębienie na płonącą świeczkę, całość z brązowego drewna.
No po prostu cudo! Przed nią baranica do siedzenia, kwiaty, świece
i dwa koszyczki, jeden, ze słodyczami a drugi z różnymi drobnymi
upominkami. Napis: "weź sobie dar od Bogini".
Jakże różne podejście od katolickiego, gdzie ksiądz ciągle ci tylko
stawia zadania, co do ofiar, niby dobrowolnych, ale wypomina ci
je potem z ambony, jak nie dasz.
Na środku przed ołtarzem była mandala pozostała z rytuału/artystycznego
performance, który był tu odprawiany w OSTARA, a przedstawiającą
cztery pory roku i pięć żywiołów, tak ważne dla Pogańskiej Duchowości.
Aha, ta Świątynia nie jest Wiccańska tylko ogólnie poświęcona Bogini.
Kto ją uznaje jest tam zaproszony.
Usiedliśmy sobie tak w cichej kontemplacji tego miejsca. Na ołtarzu
z boku był koszyczek a w koszyczku świeczki (teelights), które można
było zapalić w wydzielonych do tego misach, w jakiej kto chciał
intencji, co też zrobiłem. Potem zainteresowała mnie ta druga mniejsza
figura . No, facet w końcu jestem prawda?
I tak sobie siedzę i kontempluję to piękno. No i przysiada się
do mnie Dawid, też patrzy i tak ściszonym głosem pyta:
"Piękna prawda?"
Ja na to: "Oj tak! Chciałoby się żeby była żywa"
"Ano... Aż by się chciało dotknąć prawda?"
"Oj takkk"
"No to, na co czekasz?"
Więc z pewną dozą nieśmiałości wziąłem no i dotknąłem
Dawid tak na mnie patrzy i mówi: "No wiesz, ja tam wiem, że ty
byś chciał, co innego dotknąć a nie tak nieśmiało."
"Aaaaa to tak można?"
Tu ze mnie wylazło zaprogramowanie wedyjskie i buddyjskie,
gdzie Devi czy Żeńskich Bodhisattwów to sobie można było podziwiać
i owszem, ale absolutnie bez żadnych erotycznych podtekstów, surowość
i rozpuszczanie wszelkich namiętności to była podstawa. A o Guru
w Jodze pomyśleć w kategoriach erotycznych to już w ogóle przechlapane
i do piekła na czas jakiś. Przynajmniej takie chore układy były
w tej jodze, którą praktykowałem.
No, chyba, że w czerwonej tantrze może jest inaczej, ale do tej
faktycznie to nie dotarłem.
No i Dawid mi mówi: "Ależ oczywiście Bogini jest Kobietą a każda
Kobieta to Bogini, więc w czym problem?"
Wyjaśniłem mu, jak się sprawy mają. Grzecznie mi odpowiedział,
że tu transformujemy namiętności poprzez, między innymi, czyn a
nie wypieranie ich i, że nie ma co się martwić. Skoro pragnienie
się pojawiło a można je bez krzywdy dla kogokolwiek zrealizować
to można to uczynić, żeby nie męczyło. Zgodnie z Wiccanska Poradą:
"Czyń Wolę swoją, lecz bez krzywdy dla nikogo" ( An ye harm none
do thy Will). Zrobienie tego Świadomie a nie nieprzytomnie stanie
się doświadczeniem transformującym. Słów dokładnie nie pamiętam,
powyższe oddaje sens nauki, jakiej mi udzielił.
Objąłem te śliczne piersi posągu Bogini obiema rękami, jejku,
jakie były cudowne, drewno było takie gładkie, ogólnie wodziłem
rękami po niej jakbym pieścił i cieszył się dotykiem prawdziwej
kobiety. I wiecie, to naprawdę było wspaniałe doświadczenie o wymiarze,
jak najbardziej duchowym. Zrozumiałem ile lat wypierałem wspaniałą
cudowną radość będącą właśnie duchowym doświadczeniem. Czegoś mi
w kontakcie z Boskością brakowało przez całe lata i właśnie w tym
momencie to coś odzyskałem.
Ufff! Dawid siedział obok i, jak mu opowiedziałem, co czuję dał
mi serdecznego misia i powiedział, że jest ze mnie dumny i dziękuje
mi za to, że Jestem.
Oj! Jakie to piękne. Wiecie, tak sobie uświadomiłem jedną ważną
rzecz: w Wicca posługujemy się wieloma imionami i postaciami Bogini
i Boga zależnie od potrzeb, preferencji i okoliczności. Coś bardzo
podobnego występuje w Sufizmie, który czerpie z różnych tradycji
mistyczno-religijnych a przecież jest spójna Ścieżką. Zrozumiałem,
że Wicca to jest właśnie taki zachodni Sufizm tylko oparty o europejskie
dziedzictwo duchowe a nie blisko i dalekowschodnie. Podzieliłem
się tym z Dawidem i bardzo mu się spodobało to odkrycie i przyznał
mi rację i to, że tego tak nie widział dotąd, ale, że to jest wspaniałe!
"It`s wonderfull Arkadiusz!"
W koszyczku z darami od Bogini zauważyłem obrazek Quan Yin – żeńskiej
bodhisattwy Wielkiego Współczucia z Wschodniej odmiany Buddyzmu.
No i mnie tak korciło z jednej strony żeby wziąć, ale z drugiej
strony przypominał mi się buddyzm jako ten surowy i kasujący wszystko,
co zmysłowe. I tak przeglądam inne rzeczy, ale nic, co by mnie interesowało.
Nagle WOW! Olśnienie, co mi Bogini chce przekazać! Współczucie
i Mądrość!
Przecież to obudziła we mnie buddyjska praktyka! I Bogini dała
mi do zrozumienia, żebym przestał się boczyć tylko zapamiętał i
rozwijał te pozytywne cechy to, co najlepsze, co wyniosłem z buddyjskiej
praktyki! Wziąłem, więc obrazek z podziękowaniem za naukę i jest
dziś u mnie na honorowym miejscu na ołtarzyku. Wychodząc wrzuciłem
też datek na rozwój tego pięknego miejsca, w którym otworzyłem się
na tyle wspaniałości.
Potem mięliśmy trochę wolnego dla siebie, żeby sobie pobiegać po
sklepach, jak małe dzieciaki. W końcu tyle tu zabawek. Na przykład
Firebird kupiła sobie śliczną suknię i chustkę z okazji czekającej
ją inicjacji. Fajnie było, spodobało mi się trochę rzeczy, między
innymi taki śliczny posrebrzany Kielich z Pentagramem, ale, jeej,
prawie 400 zł na polskie!
Ale sobie go przynajmniej obejrzałem, zresztą przyjaciele stwierdzili,
że faktycznie straszna przebitka na cenie. Potem sobie samodzielnie
zwiedzałem miasto i cieszyłem się jego atmosferą. Inna rzecz, że
te ceny doprowadzały do warrrrczenia z cicha... Tak sobie pomyślałem,
że w takiej komercji na pewno jest ktoś, kto naprawdę myśli o zaopatrywaniu
ludzi podążających duchową ścieżką, ale nie tak majętnych, a poza
tym miejscowi ezoterycy na pewno nie kupują w tych drogich sklepach.
Oj, Bogini, założę się, że tu gdzieś na uboczu musi być jakiś mały,
maciupki sklepik dla Wiedźm. Pewnie prowadzony przez starą Wiedźmę,
jak to w starych angielskich opowiadaniach "Ye Ol`Magick Shoppe"
ze skrzypiącym na wietrze szyldem. No, nie bądź taka i mnie poprowadź.
Poszedłem "węsząc" tu i ówdzie i uważnie się rozglądając. Zdawałem
sobie sprawę, że takie miejsce na pewno nie będzie miało reklamy
na głównej ulicy, a, jak już to nie rzucającą się wcale w oczy.
I... Zobaczyłem niepozorną bramę na jakieś podwórko, a właściwie
nawet przejście pomiędzy uliczkami przez dom. Coś mi podpowiedziało,
że... Poszedłem tam, najpierw zobaczyłem jubilera, mały zakładzik,
eee, nic ciekawego... Ale dalej?!!! WOW! Bingo! Bogowie lubią płatać
figle. No, bo DOKŁADNIE BYŁ CZARNY SZYLD chwiejący się na wietrze
z brązowymi literami pisanymi gotykiem WITCHCRAFT. Hahahahaha! Poszedłem
tam, niestety, było zamknięte, bo to już była godzina 18sta prawie.
Ale przez okno widziałem jakieś słoje z ziołami, jakieś kotły, ręcznie
wykonane różdżki. No, Magiczny Sklep ze starych opowieści, jak się
patrzy! No doooobra prosto z Hoghwartu. Może i trafiłem na ulicę
Przekątną. No, nic postanowiłem sobie tu wrócić w środę i zobaczyć,
co tu dają i czy prowadzi to Stara Wiedźma i wróciłem do Ogrodów.
Tam ekipa Kapłańska poszła już na górę, do Sali Medytacji przygotować
wszystko do inicjacji. A myśmy zajęli się robieniem kolacji. Kolacji?
Nieee! Uczty na powitanie nowej Kapłanki i Wiedźmy Ravenspirit!
W międzyczasie poszła się umyć i przebrać, a potem wyruszyła w swą
podróż ku Odrodzeniu poprowadzona na górę przez Florence. Dobrze,
że Madra pełnił obowiązki szefa kuchni, bo by chyba zniósł kogucie
jajko jakby miał czekać aż Ravenspirit wróci. No, ja mu się nie
dziwię, idzie gdzieś twoja kobieta po coś, robić coś z obcymi ludźmi,
nie wiadomo, co... No, zdążyliśmy z jedzonkiem na czas, bo oto zeszła
do nas w pięknej brązowej szacie z Księżycowym Diademem we włosach
w asyście swoich inicjatorów. Trochę zakręcona, ale cała i zdrowa. Dawid uroczycie rzekł:
"Przedstawiam wam nowa Kapłankę i Wiedźmę!"
I tu nastąpiły gratulacje i drobne upominki dla Ravenspirit. W
sklepiku znajdującym się w Ogrodach kupiłem dla niej i dla Firebird
śliczne pamiątkowe kartki, napisałem rzecz jasna śliczną dedykację.
Potem była uczta i nowa Kapłanka pobłogosławiła po raz pierwszy
dla nas pokarm w imię Wielkiej Bogini, która jest źródłem Wszelkiego
Życia i Rogatego Boga Pana Zielonej Kniei! A potem pałaszowaliśmy
te smakołyki. Dodam, że wszystko było WEGETARIAŃSKIE , bo takie
odżywianie zarządził Dawid. Mi w to graj inni troszkę na początku
kręcili nosami, ale potem się przekonali. Potem jeszcze Ravenspirit
uczyniła obiatę dla Bóstw nazewnątrz i poszliśmy spać.
Nastał środowy ranek 26.03.2003. Po śniadanku były lekcje Tarota.
Jednak nie typowo pamięciowe, co jaka karta znaczy tylko medytacja
symboliki Wielkich Arkanów. Karta krążyła z rąk do rąk i każdy coś
tam nowego odkrywał i dzielił się tym z innymi. Całość była oparta
o medytację Podróży Głupca i w tym kontekście odczytywaliśmy karty.
Tak zeszła większość dnia, więc do Sklepiku Wiedźmy nie poszedłem.
Potem Dawid i Sherry omówili mit porwania Persefony przez Hadesa,
mieliśmy na drugi dzień wystawić go jako Misterium. Ja dostałem
rolę Hadesa, Firebird – Persefony, taka dygresja: Firebird strasznie
mi się podoba to i wyszło ciekawie, Ravenspirit-Demeter, Madra-Zeusa,
Highlander-Apolla a Eagle miał robić za Parki, ale jakoś mu nie
podchodziły, więc poszliśmy na ugodę i wziął rolę celtyckiej Bogini
Cerrdiwyn, którą da się pod Parki podciągnąć.
Następnie odbyliśmy Mistyczną Pielgrzymkę na Glastonbury Tor. Podążając
starym traktem wokół wzgórza tworzącym LABIRYNT. Aha! Dokładnie
LABIRYNT! No trochę nam się grupa rozciągnęła, bo nie każdy miał
dobrą kondycję. Część wyczynowców poszła więc naprzód z Dawidem,
w tym ja, a cześć wolniej z Sherry z tyłu. Ale wszyscy dotarliśmy
na Szczyt! Każdy w swoim tempie. Widok był, jak zwykle cudowny.
Ale tym razem odczułem naprawdę intensywną energię! Wzgórze żyło,
wzgórze oddychało!, jak cielsko śpiącego poooteżnego Smoka! Siadłem
i medytowałem. I coś do mnie spontaniczne przyszło, co mam zrobić.
Pewną praktykę i zrobiłem to i TO SIĘ PRZEBUDZIŁO! Otrzymałem ODPOWIEDŹ.
"JUTRO! BĄDŹ GOTÓW PRZYJACIELU!"iadomiłem sobie, że oto wracam
do Domu Matki mej, do Domu Ojca mego..., że wszystkie te lata na
medytacjach spędzone, a również pewne niegodziwości wycierpiane
od ludzi mieniących się oświeconymi były tylko przygotowaniem do
tego wielkiego dnia, który nastąpić miał nazajutrz...
Jakby w odpowiedzi na to, co uświadomiłem sobie, Dawid zaintonował
właśnie "Pieśń Powrotu": Pieśń o Duszy, która powraca do swej Duchowej
Ojczyzny/Matczyzny. I podjęliśmy ją, jak jedno Serce, jak jedna
Dusza, jak jeden Głos! Gdy pieśń zamilkła to resztę drogi podśpiewywaliśmy
"Pieśń Jedności z Żywiołami". Tak rozśpiewani wkroczyliśmy w Ogrody,
a Firebird wyruszyła ku swemu Odrodzeniu!
W tym czasie Ravenspirit nasza nowo wyświęcona Kapłanka zrobiła
nam zajęcia z odczuwania i poznawania, czym są Żywioły. Bardzo fajnie
jej to wyszło. Wtem usłyszeliśmy gdzieś z góry wrzask niesamowity!
A potem towarzystwo wróciło z góry i przedstawiło nam... No jasne!
Nową Kapłankę i Wiedźmę Firebird! Jeeeejku! Myślałem, że padnę.
Miała na sobie przecudną ognisto czerwoną suknię uwydatniającą jej
zgrabne kształty a na ramiona narzucony ten piękny czerwony szal.
Ufff! Pogratulowaliśmy jej, wyściskaliśmy i obdarowaliśmy prezencikami.
No i wtedy Firebird stwierdziła, że to wszystko jest niesamowite
i ona musi powtórzyć swój okrzyk radości!!!!! No i jeszcze raz radośnie
wrzasnęła aż szyby w zabrzęczały "ŁUUUUUUUUUUUHUUUU!". To był ten
niesamowity okrzyk, który, żeśmy słyszeli wcześniej i zastanawiali
się, co tam z nią robią. Potem tradycyjnie uczta poświęcona przez
nową Kapłankę, obiata i lulu.
Nadszedł w końcu czwartek 27.03.2003. Dzień, gdy miałem umrzeć
i narodzić się na nowo.
Hmmm… Teoretycznie to ja wiedziałem, co mnie tam czeka na górze,
ale teoria to jedno a praktyka drugie...
Śmieszne, ale zacząłem mieć trochę cykora... Na dodatek wieczorkiem
postawiłem sobie Tarota i jakoś to głupio zinterpretowałem bo z
ulotki dołączonej do kart a nie z ezoterycznych znaczeń... Ehhh…
Poszedłem do Sherry i powiedziałem, jak jest. Oj, przytuliła
mnie i powiedziała, żebym przestał sobie wmawiać bzdury, że wszystko
jest o.k. No i poszliśmy przejrzeć ten układ kart razem. Okazało
się, że Tarot, jak to Tarot tylko pokazał mi moje własne podświadome
lęki... To było tylko ostrzeżenie i uprzedzenie bym intensywnie
nad sobą pracował po inicjacji a nie stwierdzenie, że coś będzie
nie tak... Ufffff, dobrze mieć pod ręką dobrą Nauczycielkę w takich
chwilach... Fajnie, że mam z Nią teraz kontakt przez email no i
inny też... Dobrze.
Po śniadaniu Dawid wypuścił nas na miasto żebyśmy mogli pokupować,
jak komuś trzeba jakieś elementy stroju do przedstawienia. Wcześniej
jeszcze każdy wybrał sobie Żywioł, który będzie Przyzywał i żegnał
w Kręgu.
Ja z Firebird wybraliśmy Ogień. Ja tam miałem obmyślane, co mi
trzeba i miałem to wszystko, więc kupować nic nie musiałem. Ale
kobietki, jak to kobietki odkryły jakiś lumpex, errr, przepraszam,
Charity Shop, suficki zresztą i buszowały tam chyba z półtorej godziny.
Później poszliśmy do tego odkrytego przeze mnie tajemniczego sklepiku.
Po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu, gdzie oglądałem kielich i
zastanawiałem się czy go nie kupić, ale Ravenspirit stwierdziła,
że to bez sensu tak przepłacać i lepiej zobaczyć, w tym innym sklepie.
No i zacząłem go znowu szukać. Po dłuższej chwili w końcu przypomniałem
sobie, jak tam dojść. I tym razem też zdawało się, że pocałujemy
klamkę. Aż tu nagle słyszymy z tyłu donośny miły głos: "chwileeczkę!!"
i przychodzi... Nie, nie Stara Wiedźma tylko Wiedźmin z siwą bródką,
długimi włosami i w t-shircie a nie w skórzanym płaszczu.
Hehe, gorąco było w ten dzień.
Ale sklepik okazał się trafiony w dziesiątkę! Normalne ludzkie
ceny, mnóstwo ciekawych i przydatnych rzeczy, był nawet taki Athame
(rytualny sztylet magiczny), jak ma Ravenspirit, z damasceńskiej
stali i rękojeścią z czarnego dębu (limitowana edycja). No, ale
mi takie zabawki niepotrzebne, zrobiłem wcześniej z Ravenspirit
"machniom" i w zamian za ładny duży kryształ górski dostałem od
niej wspaniały sztylet nadający się doskonale, na Athame. Nie zamieniłbym
się teraz na takie dzieło sztuki, jak tam było w sklepie, oj nie!
Ale kupiłem sobie ładną okładkę na moją "Księgę Cieni" razem z notatnikiem,
a co, też chciałem mieć jakąś pamiątkę z Glastonbury. Później wyszliśmy
ze sklepu, ale, jak odchodziliśmy to dziewczyny stwierdziły, że
muszą jeszcze coś tam załatwić, ale sorry, bo to jest sprawa między
inicjowanymi Kapłankami, więc my mamy poczekać. Hmmm, ale dlaczego
poszedł z nimi Eagle? Coś niby wspominał, że był inicjowany, ale
nie w Wicca tylko w jakąś inną magiczną tradycję? Mniejsza z tym.
Wróciły z jakimiś torbami. Następnie poszliśmy do takiego fajnego
"elfiego" sklepiku Heartfelt Trading, gdzie Ravenspirit kupiła takie
ładne bliskowschodnie ozdoby do swojego stroju Demeter a Firebird
biały szal. Następnie wróciliśmy do Ogrodów będących naszym domem
tzn. do schroniska w Ogrodach oczywiście. Przed bramą powitał nas
Highlander z palcem na ustach. Od tej pory obowiązywała ciiiisza,
aż do Misterium. Każdy miał jeszcze się dokładnie zastanowić nad
swoją rolą, wejść w nią, stać się danym Bóstwem. Cosik mi łaziło
po głowie, ale to jeszcze było nie dograne. Więc poszedłem do Studni,
bo tam właśnie było moje ulubione miejsce do medytacji. W ogóle
polubiłem bardzo chtoniczne Bóstwa, kiedyś się ich bałem, uciekałem
przed nimi, ale od wakacji, zeszłego roku zrozumiałem, czym/kim
są i strach zniknął. Teraz całkiem dobrze się zaprzyjaźniliśmy.
Wracając do przygotowań - siedziałem i myślałem nad tym,
jak to było z Persefoną i Hadesem, co on czuł do niej, jak ją obserwował,
on uosobienie Śmierci, ale i Męskości. No i tak sobie pomyślałem,
że skoro siedzę nad Studnią to przecież jest też i Brama do Podziemia.
Hehehe, no to grzecznie poprosiłem Hadesa o konsultacje. Hmmmm nooooo
tak... Napiszę tyle, że udzielił, oj udzielił, że w pięty poszło.
Hehe! Miałem przez chwilę... Pełno w gaciach. No, nie dosłownie.
Ale wiedziałem już, w czym rzecz i, jak być przekonywującym w mojej
roli. Potem spotkałem się z Firebird i Sherry pozwoliła nam porozmawiać
o naszej części Misterium. Zresztą wszyscy już mogli omawiać szczegóły,
jeśli tego nie zrobili wcześniej. Dogadaliśmy się, co i, jak i poszliśmy
odpowiednio przebrać. Miałem na sobie niebieską bluzę taką, jakie
ludzie nosili w X w.; takież spodnie a na to narzucony czarny płaszcz
z kapturem i z celtycka spinką a na szyi Ankh - Klucz Życia i Śmierci.
No i pod ręką parę użytecznych drobiazgów. Ale najpierw poszliśmy
utworzyć Krąg- Świątynię. My Wiedźmy nie mamy stałych Świątyń, bo
cały Świat jest Świątynią i Ciałem naszej Bogini łącznie z naszymi
własnymi ciałami. Lecz gdy przychodzi potrzeba to kreujemy dla niej
wydzielone Święte Miejsce Uświęconym Kręgiem Wiedźm zwane a będące
Świątynią naszych Bóstw i zarazem miejscem gdzie nasz Kunszt Wiedźm
(WitchCraft) praktykujemy. Co też i uczyniliśmy wspólną pracą...
Potem napełnieni Błogosławieństwem udaliśmy się na polankę przed
Schronisko, gdzie było dość miejsca, aby całe Misterium odprawić.
A było to tak:
Bogini Ziemi i Urodzaju Demeter miała córkę swoją najdroższą Persefoną
zwaną, a ta zawsze z matka swą chodziła, zawsze się jej trzymała
i tylko w życiu swym jej Dziedzinę znała i wszystkie rośliny i zwierzęta,
jakie w niej żyły. A dziewczę to było niezwykłej urody, najpiękniejsze
na świecie. Zobaczył ją kiedyś Władca Podziemi Hades i namiętnością
ku niej zapałał. Długo rozmyślał na swym Żelaznym Tronie w Krainie
Hadesu, gdzie zaległy Cienie, jak zbliżyć się do tej, ku której
jego serce pałało a która tak niedostępna była wciąż przy Matce
swej przebywając. I oto Czarny Władca wpadł na pomysł i kwiat stworzył
przecudny, kwiat o upajającym hipnotyzującym zapachu i kolorze tak
żółtym, jakiego powierzchnia ziemi nie widziała i tchnął w ów kwiat
cały swój magnetyczny męski urok. I oto dnia pewnego Demeter zajęta
była sprawami jakimiś a jej córuś kochana sama na łące bawiła i
zobaczyła kwiat, kwiat cudownej urody, jakiego dotąd nie znała,
a matka jej nie pokazywała. I zbliżyła się do niego z lękiem, lękiem
przed tym, co nieznane, ale i przyciągana czymś nowym, niezwykłym
a fascynującym. I gdy się wdzięcznie nad kwiatem pochyliła, aby
go zerwać oto rozstąpiła się ziemia i ujrzała twarz Czarnego Władcy
i przestraszyła się, ale uciec nie zdołała, gdyż ten ujął jej dłoń
wdzięczną i ku sobie przyciągnął. A kwiat, nieznaną pieszczotę twarzy
młodej Boginki/Dziewicy udzielił. I oto poszła z Hadesem i oto spadł
jej Wianek jej Kwiatu a Bóg Podziemi znalazł klucz do jej Serca
i tak oto z jej ramion spadł biały szal Niewinności i otulił szkarłatny
szal Namiętności i zamknęła się za nimi Brama Podziemia! Bogini
Demeter zaniepokojona zniknięciem córki, która przecież dotąd na
krok jej nie odstępowała poczęła szukać we wszystkich stronach świata
ale nie znalazła. Udała się, więc do Bogini Przemiany i Wojny Morrigu
(w oryginale Parki), aby o poradę zapytać, i czy jej córki nie widziała.
Mądra Starucha odrzekła tylko tajemniczo: "Wiedz o Bogini Demeter,
że w życiu każdego dziecka przychodzi czas taki, że opuścić musi
dom rodzica swego i usamodzielnić się, tak też się stało z córką
twoją. A teraz idź (BE GONE!) bo więcej ci nie powiem nic! Zaakceptuj
to, co się stać musiało kiedyś tak czy inaczej! Jednak ta odpowiedź
nie zadowoliła Królowej Ziemi i udała się do Apolla Przepięknego,
który Słonecznym Rydwanem prz"ierza nieboskłon.
„O Potężny i piękny Apollo!" rzekła Bogini „Czyś w swej codziennej
podróży nie zobaczył przypadkiem, co się z moją ukochaną córką Persefona
stało?"
„Anom widział" odrzekł najpiękniejszy spośród Bogów „Hades ją zabrał
do Królestwa swego Podziemnego, a jak widziałem, całkiem im dobrze
ze sobą było, Hahaha!"
„Jakże to tak?" odparła Bogini „Toż to gwałt zadany mej córce był!
Porwana została wbrew swej woli! Na pewno nie poszła dobrowolnie!
O Potężny użyj swej Słonecznej Mocy zmuś Hadesa Władcę Czarnego,
aby ją wypuścił!"„W Podziemie władza moja nie sięga! A poza tym nie zawracajmy głowy
takimi głupstwami" odrzekł Najpiękniejszy.
Oj rozgniewała się Demeter, Pani Wszystkiego, co Żyje na te słowa.
Przeklęła Niebo, żeby deszczu Ziemie użyźniającego nie dawało! I
susza straszna nastała. Ale przypomniała sobie, że Król Bogów Wszystkich,
Zeus Gromowładny jej jeszcze pozostał. I udała się do Niego. I w
te słów uderzyła ku niemu:
„O Potężny Zeusie! Niesprawiedliwość mnie wielka spotkała! W tobie
o Najsprawiedliwszy cała nadzieja, żeby mą krzywdę naprawić! Dziecko
me jedyne, Persefonę, dziewczę niewinne podły Hades, Czarny Władca
Podziemia podstępem porwał! Ach wstaw się za mną nieszczęśliwą,
sama zostałam bez córki u boku mego, a ja tak kocham, kocham wszystkie
Dzieci Ziemi!" I rozpłakała się Matka Wszechrzeczy.
Zeus pokiwał głowa i tak odrzekł: „Tak, tak, oczywiście, że ci
pomogę, a jakże by inaczej! Wszak wspaniałomyślny to jeden z mych
przydomków! Podejdź do mnie, coś ci powiem."
Gdy podeszła z pewną dozą lęku patrząc jej głęboko w oczy Zeus
rzekł: „Prawisz mi, że samotna się czujesz, że córkę ci porwali
i nie chcesz być sama na świecie?"
„Tak, tak" odrzekła Bogini.
„No to nie ma sprawy, zrobię ci nową." zawadiacko odrzekł Zeus
i zgwałcił ją.
(Rzeczywiście to wyglądało zabawnie, bo Madra jest nikłej postury
w porównaniu do swojej żony Ravenspirit no i to wyglądało, jakby
się królik na nosorożca zaszarżował )
Gdy było po wszystkim Demeter zaczęła wymawiać słowa straszliwej
KLĄTWY. Przeklęła ziemię, aby plonów nie wydawała, przeklęła bydło,
żeby się nie cieliło, przeklęła wiatr, aby nie wiał, przeklęła chmury,
żeby nie dały ani kropli deszczu dopóki jej córka ukochana z podziemia
nie wróci do niej! I świat zaczął umierać! I na próżno śmiertelnicy
modlili się do Bogów i Bogiń, nikt nie był w stanie przekonać Demeter,
aby klątwę cofnęła. A tymczasem szczęśliwa młoda para żyła w nieświadomości
tego, co się działo na powierzchni. Aż któregoś dnia Persefona poprosiła
swego małżonka, aby mogła znowu zobaczyć ziemię. Gdy wyszli była
tak szczęśliwa, że nie zauważyła tego, co się działo w koło i zaczęła
radośnie i zmysłowo tańczyć wokół swego Małżonka.
Gdy tak ją obserwował to nowa namiętność w nim się obudziła i wyjął
Owoc Granatu i podał jej na wyciągniętej dłoni. Persefona zaciekawiona
tym nowym czymś wdzięcznie się do niego zbliżyła i razem Owocu Miłości
Spróbowali. A zobaczyła to Demeter!
„Mooojaaa córka!!!!!!!!!! Ty łajdaku! Oddaj mi moooją córkę!!!!!!!!"
Ale było za późno. Skosztowawszy ziaren Granatu – Namiętności Prawdziwej
Owocu, do Hadesa należała już Duszą i Ciałem. (Uwaga tu będzie mała
rozbieżność z oryginalnym mitem, w którym salomonowy wyrok wydał
Zeus.) Hades objął swym silnym męskim ramieniem szczupłe ciało Persefony
okrywając ją swym Czarnym Płaszczem i tak rzecze:
„O! Bogini Demeter! Matko Życia Wszelkiego! Córka twoja Persefona
teraz moją prawowitą małżonką jest. Teraz jest Prawdziwą samodzielną
Boginią i ma własne Królestwo, którym wespół ze mną rządzi. To już
nie jest twoje dawne naiwne dziewczę to Bogini jako i ty!" Ale tu
Persefona się wtrąciła robiąc słodkie oczka i łasząc się do Męża
swego.
„Hadesie, mój Mężu! Wiesz tak mi się czasem ckni za powierzchnią,
pozwól mi czasem odwiedzać Matkę mą na powierzchni! Prooooszę!"
I tu Hades mądrością się wykazał i tak rzecze:
„Dobrze, więc! Niech i tak będzie, w zimową część roku ze mną Krainą
Cieni rządzić będziesz a w letnie miesiące Krainą Życia u boku swej
Matki!"
Demeter przystała na taki wyrok i Klątwę z Ziemi zdjęła, a ta pokryła
się znów bujaną zielenią i wróciło na nią Życie.
Fin
Potem wszyscy uczestnicy padli sobie w ramiona gorąco dziękując
za wspaniałe przedstawianie Misterium! Następnie wróciliśmy do Kręgu,
gdzie Dawid i Sherry dokonali poświęcenia paru Narzędzi Sztuki,
co tam kto miał potrzebne. Później Highlander przeszedł swój obrzęd
Dedykacji na Ścieżkę Starych Bogów (nie inicjację!). No, wreszcie
się zdecydował po długim czasie z Kapłanką i Wiedźmą po jednym dachem!
Sherry była caaała szczęśliwa! A potem pożegnaliśmy Żywioły i...
I nie wiem, co było dalej, bo poszedłem wziąć prysznic i doprowadzić
się do porządku przed moją inicjacją. Z tego, co wiem Eagle robił
jakieś zajęcia na temat pracy z Bóstwami różnych panteonów w naszej
Wiccańskiej praktyce. Ja w każdym razie po prysznicu siadłem w swoim
pokoju ubrany na biało, bo czułem, że tak będzie najlepiej i czekałem
na Wezwanie! I Wysłanniczka przybyła! Wzięła me magiczne szaty,
parę drobiazgów i poprowadziła schodami na górę. Zapukała w Drzwi
i uzyskała Odpowiedź! I Drzwi się otworzyły. I przeszedłem i Spotkałem
Moje Przeznaczenie!!!!
Co się działo za tymi zamkniętymi drzwiami nie powiem, nie napiszę
ani rozmawiać o tym nie będę z nikim na nowo nie narodzonym (inicjowanym).
Nie z tego powodu, że to coś jakiegoś dziwnego jest czy coś. Nie,
powód jest prozaiczny. Gdybym, to komuś kto tego lub czegoś podobnego
nie przeszedł, opisał, to byłaby to tylko opowiastka, ot, może i
dla kogoś sensacyjka. Nie przyniosłoby to tej osobie nic, a dla
mnie byłoby po prostu zbrukaniem czegoś, co było dla mnie bardzo,
bardzo osobistym, bardzo intymnym doświadczeniem. Napiszę tylko
tyle, że przechodziłem w swoim życiu różne duchowe inicjacje, ale
tą będę pamiętać do końca życia. Tak, umarłem i narodziłem się na
nowo. Wyglądam tak samo, te same wspomnienia, niektóre przyzwyczajenia,
ale stary ja umarł, umarł tam za tymi drzwiami 26.04.2003 roku niedługo
po godzinę 19:00.
Po wszystkim zostałem sprowadzony w dół, ale jeszcze skoczyłem
po coś do pokoju i zszedłem do jadalni, gdzie czekały już na mnie
moje Siostry Kapłanki i Wiedźmy, Dawid i Sherry obwieściły, że oto
przedstawiają im... Yes Ye Yes! Nowego Kapłana i Wiedźmę! Hmm, ano,
Wiedźma to Wiedźma czy mąż czy kobieta. Ja sobie wymyśliłem odmianę
Wiedźmak. Tylko się to niektórym z Wiedźminem kojarzy i muszę prostować,
że ja srebrnym mieczem na potwory po gościńcach nie grasuję.
Powitała mnie radosna wrzawa, uściski i gorące pocałunki! No i
na uboczu wymieniliśmy nasze Magiczne Imiona, bo każda Wiedźma ma
swoje tajne imię znane tylko tym z jej własnego Kręgu, ale może
mieć też magicznego Nicka /Ksywkę, którym może posługiwać się swobodnie,
jak chce. I dostałem prezenty!!! Jakie piękne kartki z życzeniami
urodzinowymi!
Piękną kaligrafię w stylu celtyckim od Firebird i medalik ślicznego
Smoka od Ravenspirit, śliczne bursztyny od Sherry i coś zapakowanego
w dużo papieru... Zacząłem odwijać i... Odwijałem. I odwinąłem...
Zgadnijcie co? Tak, tak, tak! Kielich!!!!!!!! Wow!!!!!!!! Dostałem
swojego Świętego Graala! Ale nie ten metalowy, który widziałem w
tym drogim sklepie a trzaskany masowo na sztancy... O nie, Moje
Siostry i Bracia dali mi Dar naprawdę od Serca!!!!!!! Szklany, ręcznie
malowany puchar ze znakami naszej Wiary!!!!!!! Byłem wzruszony!
Baaardzo wzruszony! Ten kielich kupili w tym Magicznym Sklepiku
„WitchCraft". Stąd był ten wybieg, że one coś tam, coś tam... Muszą
jeszcze załatwić tajnego. Tak a potem była uczta, a jakże! No i
dostałem naleśnika w barwach narodowych. Białe z pieczarek, czerwone
z pomidorków. To Eagle jajcarz jeden wpadł na ten pomysł, tylko
się ciężko zastanawiał czy kolory nie są odwrotnie. Nie były. Potem
dokonałem mojego pierwszego w życiu Kapłana poświęcenia pokarmów
w Imię Bogini Życia i Pana Zielonej Kniei i wszystkiego, co Dzikie
i Wolne! Jeeeeeeej! Jaka fajna energia!!!!!!!!!! No po prostu Orgazm
Kosmiczny! Bo inaczej tego nie określę! Hihi, no, nie dosłownie
orgazm jako orgazm. Spełniłem toast z Czerwonego Wina w mym Graalu!
Hehe! Upss! No, dobra trochę mi zaszumiało w główce, ale potrzebowałem
tego po inicjacji, ufff, potrzebowałem... Po uczcie poszedłem nazewnątrz
schroniska, a polazłem na bosaka, chciałem poczuć Ziemię. Jeej!
Ja się chyba zakochałem na nowo w Przyrodzie! Alllleee mi było dobrze!
I to niekoniecznie z tego powodu, że miałem w czubie. Wiecie, jakie
fajne jest chodzenie na bosaka po Ziemi i kamieniach w środku nocy?
Cudowny chłodek. Aaale mi było faaajnie! Zaśmiewam się teraz, jak
to piszę, bo to uczucie wraca do mnie. Hehe, a później przyszedł
do mnie Dawid z kielichem Wina a ja: „O dolewka! Hihihihi!" Dawid
na to: „Nie! Hej! Nie pij. Zapomniałeś! Przecież trzeba zrobić obiatę
dla Bóstw! To twoje zdanie na dziś."
„Aha, no tak, oki-doki już się robi."
Poszedłem z Kielichem na Trawniczek i grzecznie się pomodliłem
wprost z mego nowego Wiccańskiego Serduszka i ofiarowałem Matce
Ziemi Krew Mego żywota, eerrrr, tzn. czerwone wino, co było w kielichu.
Nyo naprawdę tam było czerwone wino. Nyo, czemu nie wierzysz? Nyo,
jak świstaka kocham. Hahaha! Nie mogę, bo pęknę zaraz ze śmiechu!
Oj, już mi lepiej, choć dalej rechoczę. No nic, Bóstwa były zdecydowanie
zadowolone, do tego stopnia, że zobaczyłem w listowiu Twarz Zielonego
Człowieka jednej z postaci Pana Dziczy. Jeeej, fajny jest! Później
nocą jeszcze robiliśmy pewną pracę, my, nowo narodzone Wiedźmy i
Starszyzna ale co to było pozostawię sobie. I tak się zakończył
dzień moich Odrodzin.
I nastał piątek 28 marca 2003...
Był to dzień pożegnania...
Sommercamp dobiegł końca. Ciężko nam się było rozstać po tych wszystkich
pięknych wspólnych chwilach. Jeszcze raz na koniec wszyscy udaliśmy
się do Studni Kielicha i tam uroczyście wręczyliśmy Madraowi figurkę,
Herne Myśliwego, w podzięce za tą wspaniałą kuchnię jaką nam serwował
przez cały Sommercamp! Ależ się ucieszył! Jeszcze wspólne zdjęcie...
Potem już niestety Dawid zawiózł Florence na lotnisko, a Eagle zrobił
to samo dla Sherry i Highlandera. Na miejscu pozostaliśmy tylko
Firebird, ja, Ravenspirit i Madra, a to z tego powodu, że kolej
strajkowała i nie było się, jak wydostać z Sommerset. Mieliśmy wyjechać
dopiero w sobotę. Wynajęliśmy sobie pokoik w schronisku jeszcze
na dobę, na spółkę i poszliśmy na miasto. Trzeba było się pożegnać
z Glastonbury.
Poszliśmy też do baru, bo Madra stwierdził, że koniec
gotowania. Po obiedzie tak się włóczyliśmy jeszcze po sklepach kupując
kartki i takie różne różności. Zawitaliśmy w końcu ponownie do Heartfelt
Trading i tak myszkowaliśmy.... Nagle zauważyłem schodki na górę
sklepu, a że ja jestem wścibski, jak Pooka to oczywiście zapuściłem
tam żurawia. No i nagle słyszę: „Ależ proszę bardzo, proszę tam
na górę wejść i zobaczyć.... Tylko cichutko proszę." To jedna z
pracownic sklepu mnie przyłapała. Poszedłem, po drodze minąłem drogowskaz
z napisem FAIRY GALLERY. Była tam kotara z linek i bambusów, którą
spokojnie rozsunąłem i zajrzałem do pokoju.
Duże pomieszczenie.
Na środku Srebrne Drzewo, dookoła mnóstwo poleczek z ślicznymi figurkami
Fairies, Elfów i innych cudowności. Tak się rozglądałem, moją uwagę
przykuło to Drzewo. I nagle!!!!, jak by mi ktoś dał fleszem po oczach.
Tyle, że nie fizycznych oczach tylko po, hmmm, trzecim oku? Jeeeeeeeeeeeeej!!!!
Co ja zobaczyłem?!!! Lub raczej, kogo!!! O Bogini!!! Ich było tysiące!!!
One tańczyły, bawiły się, rozrabiały, śmiały się!!! Tańczyły!!!
Taaaaaaaaaaaaaaaaakkkkkkkkk! FAIRIES!!! Ja je naprawdę widziałem!
Jakiś inny rodzaj wzroku, jakiś inny rodzaj percepcji mi się włączył.
Byłem jednocześnie w dwóch światach, stałem nadal w tym sklepie
w galerii pełnej ślicznych bibelotów a równocześnie stałem w jakimś
zaczarowanym miejscu pełnym Elfików!!! AAAAAAAAA!!! Stałem tam chyba
z parę minut z rozdziawionym pyszczkiem. Tak sobie pomyślałem,
że byłbym świnią, jakbym przyjaciół tu nie wyciągnął na górę. Po
cichutku zszedłem na dół i ich zawołałem. Prosząc o zachowanie ciszy
zaprowadziłem ich. Trochę się też porozglądali, no ładnie... Co
ciekawe Firebird znalazła swój portret?! Dosłownie był tam obraz
przedstawiający elfią dziewczynę a jej twarz to była twarz Firebird!
Nie muszę chyba pisać, że go kupiła jako prezent dla swojego męża.
A, jak się naoglądali to poprosiłem, żeby na chwilę usiedli i wczuli
się w atmosferę tego miejsca, ale nic nie sugerowałem. No i po chwili
zobaczyłem, jak ich pyszczki się uśmiechają od ucha do ucha. Dziewczyny
też je zobaczyły! Madra nie, ale on nie był inicjowany.
Pani, która
pilnowała galerii tak się nam przyglądała, uśmiechała i tylko kiwała
głową a potem zapytała: „A wy jesteście wszyscy Wiedźmy prawda?".
Na to Ravenspirit mówi, że tak, że właśnie skończyło się odosobnienie
i jesteśmy świeżo po inicjacji. Na to sprzedawczyni: „A! No jasne!
One po prostu uwielbiają się bawić ze świeżo inicjowanymi Wiedźmami."
Podziękowaliśmy i zeszliśmy na dół. Tak na odchodnym sprzedawczyni
mi powiedziała, żebym poszedł na tył sklepu na dole, że tam też
czeka mnie coś fajnego. I poszedłem, była tam mini galeria, z kolei
podzielona na część męską i żeńską. No i były tam dwie istoty. Trudno
mi to opisać, były jakimiś Duchami Natury, ewidentnie męskim i żeńskim.
Ale nie było takiego fajerwerku, jak ta „inicjacja" na górze. Podziękowałem
im i z przyjaciółmi poszliśmy oglądać ruiny starego Opactwa Glastonbury.
Kościół, jak kościół, kamienny wpuszczony nieco w grunt, tak, że
główna nawa i ołtarz były pod ziemią. Szybko mi się znudziło, wolałem
być na słoneczku i trawce. Obejrzałem jeszcze kuchnię opata i omalże,
zeżarłem chleb, który tam był a był prawdziwy i smakowicie wyglądał.
Nie, spoko żartuję. W każdym razie potem zachciało mi się pobyć
samemu, o najlepiej, jakieś drzewka sobie znaleźć, coś w tym stylu.
I zobaczyłem bardzo fajne drzewko, i jakoś tak mi się zachciało
przytulić do niego, pogładzić je, co też zrobiłem. Hmm, jaką inna
miłą miało w dotyku korę, jak bardzo zmieniło mi się odczuwanie...,
jak wyraziście pracowały wszystkie moje zmysły! Przytuliłem się
i tak chwilę pobyliśmy. NO a potem, na odchodnym zobaczyłem plakietkę
przy drzewku i zacząłem się nieledwie turlać po trawie ze śmiechu.
Dlaczego? Bo to drzewko nazywało się MAIDEN HAIR!!!!! W dostawnym
tłumaczeniu Panieńskie Włosy. A polska nazwa to Miłorząb. Nyo fajnie,
drzewkowej panienki mi się zachciało.
Odświeżony, w dobrym humorku
zacząłem szukać reszty towarzystwa. Po chwili okazało się, że, jak
ja miałem fajne zdarzenie, to Firebird nie. Mianowicie Firebird
znalazła kamienne jajo. I sobie na nim usiadła by pomedytować nad
tym, do czego mogło ono służyć i spontanicznie weszła w psychiczną
wizję. Zobaczyła przeszłość tego jaja. Początek był sympatyczny.
Zobaczyła kapłankę w jej Czerwonym Księżycu, która siedziała na
tym jaju i przychodziły inne też kobiety w tym okresie i razem z
nią medytowały, czciły Boginie, celebrowały ten ważny, wrażliwy
a zarazem najbardziej magiczny czas w życiu każdej z nich. Były
wesołe, radosne, były razem. Jajo było w jakimś gaju. Potem przewiniecie
w przód w czasie. To samo jajo, ale przeniesione, w jakie ustronne
miejsce wśród skał. Też kobiety, podobne zachowanie, ale czuć było
lęk, lęk przed tym, żeby nie zostać przyłapane, a także już nie
tak radosne podejście, z cieniem wstydu i zakłopotania. Robiły to,
co robiły w wyraźnej tajemnicy. A potem znowu przewiniecie w przód
i zobaczyła koszmar! Jajo, jajo w jakiś podziemiach prawdopodobnie
wmurowane w fundamenty kościoła. I przyszły kobiety i chciały robić
to, co robiły ich matki i babki i wpadli uzbrojeni mężczyźni, judzeni
przez księdza i zgwałcili, zamordowali kapłankę i torturowali te
kobiety i zobaczyła polowania na czarownice, nieludzkie tortury,
jakim poddawano kobiety, czuła nienawiść tych bestii do nich i jeszcze
wiele, wiele innych okropności... Z wielkim trudem udało jej się
wyjść z tego transu, była cała roztrzęsiona... Naprawdę dużo czasu
zajęło Ravenspirit i mi doprowadzenie jej do porządku. W sumie to
głównie Ravenspirit jej pomogła, bo mnie i Madra w tym momencie...
Firebird po prostu się bała! No nie dziwię się, po tych wszystkich
okropnościach, jakie mężczyźni wyrządzali kobietom a ona była w
środku tego pandemonium. Uświadomiłem sobie, po jakiej skrwawionej
ziemi chodzę.
Jeszcze odwiedziliśmy domniemany grób Króla Artura i Guinewry i
czym prędzej opuściliśmy to miejsce. Potem jeszcze byliśmy w jednym
sklepiku przy Opactwie, jakieś kartki czy coś tam i wróciliśmy do
Ogrodów. Firebird poszła zająć się sobą. A my z Ravenspirit poszliśmy
na górę do Sali Medytacji i tam zrobiłem jej szkolenie i inicjację
z Reiki, bo mnie o to wcześniej prosiła., jak wróciliśmy okazało
się, że Madra i Firebird zrobili nam pyszną kolację. Firebird już
nieco doszła do siebie. No i była okazja, żeby pokazać Ravenspirit,
jak się robi zabiegi, Firebird posłużyła za modelke. Potem Ravenspirit
też sobie ćwiczyła najpierw na Firebird a potem na Madra.
W sobotę 29.03.2003 rano odprowadziliśmy z Ravenspirit Firebird
do autobusu. Później wraz z Madra pojechaliśmy do Portsmouth skąd
w niedzielę 30.03. Pojechałem już do Polski autobusem. Na promie
miałem śmieszne zdarzenie. Płynie się półtorej godziny, więc czasu
na zwiedzanie statku jest dużo. Wszedłem do sklepu wolnocłowego
i oglądam, co tak jest, no i patrzę -smoki! Ale, buuu, ONE BYŁY
PASKUDNE! A czarodzieje jeszcze paskudniejsi.
Wrrr... Coś się we mnie mocno zbuntowało, no, jak tak można. I
już miałem stamtąd iść, gdy zobaczyłem, że są jakieś figurki po
drugiej stronie regału. I... Fairies... Nie no, spoko, ładne figurki
po prostu. Tak, naprawdę śliczne a po obłędnych cenach w Glastonbury
tu było mnie stać, żeby sobie zrobić prezent. No i kupiłem 3 ślicznotki,
bo to akurat były, żeńskie Fairies. A co, fajna pamiątka.
Później już bez szczególnych przygód dojechałem do Wrocławia i
dotarłem do domu.
I tak się zakończyła moja Pielgrzymka na Avalon.
Najciekawsze jednak nastąpiło poźniej
Minęło trochę czasu, rozwijałem moja praktykę Wicca według
wzorców przekazany mi przez Nauczycieli.
Na liście dyskusyjnej naszego Covenu co jakiś czas pojawiały się
echa naszej wspólnej wyprawy, planowano warsztaty na następny rok.
Któregoś dnia wywiązała się dyskusja jak to energie Avalonu są
nadal obecne w sercu uczestników warsztatu i jakie przyniosły
im zmiany w życiu osobistym i duchowym.
Czytałem ich cudowne relacje w których opisywali jak Avalon
nadal jest obecny w ich sercach.
I tak ze zdziwieniem zauważyłem ze jakoś dla mnie stało się
to poprostu miłym wspomnieniem, ale nie odczuwam jakiegoś szczególnego
połączenia z tym miejscem.
Akurat siedziałem przy oknie z widokiem na piękna wiązową
aleje.
I zadałem sobie, Bogini pytanie: co jest? Dlaczego ze mną
jest inaczej ? o co tu chodzi?
I zobaczyłem wizje góry, innej góry, wyglądającej tez
znajomo ale nie Glastonbury Tor.
I usłyszałem jej zew.
PO chwili przypomniałem sobie co to za góra.
Była to Ślęża, Święta Góra wielu wielu narodów i plemion,
zwana tez polskim Olimpem.
I dotarł do mnie jasny i przejrzysty przekaz:
"OTO TWÓJ WŁASNY
AVALON"
Zrozumiałem ze tu są moje korzenie, tu na tej słowiańskiej
ziemi, tu w mojej słowiańskiej krwi.
Wybrałem się daleko daleko aby nawiązać kontakt, zawrzeć
przymierze z Boskością poprzez Naturę.
A odpowiedź była pod nosem.
Nie zwlekając postanowiłem odbyć wyprawę na Ślęże,
zostało to zaakceptowane i wkrótce spotkałem Przewodniczkę
która zaznajomiła mnie z Górą.
Potem zaszło wiele wiele przemian inspirowanych przez Moc która
żyje i przejawia się na Ślęzy i pobliskich szczytach.
W końcu odkryłem tez że mamy swoje własne równie bogate jak Brytyjczycy
rodzimowiercze czarostwo, które tylko czeka na odrodzenie.
Podziękowawszy moim brytyjskim nauczycielom za nauki, i
otrzymawszy ich błogosławieństwo na dalszą drogę rozpocząłem wewnętrzne
odkrywanie tego czego szukałem po szerokim świecie a co było
bardzo bardzo blisko cały czas.
W końcu po wielu przygodach i odnalezieniu w niezwykłych
okolicznościach z pomocą Bogini mojej Życiowej
Partnerki, dostąpiłem w 2004 roku spontanicznej dedykacji i inicjacji
wprost ze Źródła Życia na
Górze Ślęża w całkowicie nowy i cudowny nurt duchowości,
inicjacji potwierdzonej później przez spotkanego wtedy Wieszcza Światowida
Światosława - Aleksandra Andrejczuka.
Ale to już inna historia, którą kiedyś opowiem.
Uzyskany wtedy przekaż wiedzy i mocy rozwijam do dzisiaj.
Jeżeli jesteś zainteresowany/a duchowością opartą o
szacunek dla Matki Ziemi, jej Żywiołów, rozwijanie związku z
Boskością w tobie i naszego rodzimego słowiańskiego
ducha, zapraszam do kontaktu ze mną i na prowadzone przeze mnie
warsztaty.
Posyłam Wiele Błogosławieństw !!!
Rev. Arkadiusz Bolesław Lisiecki
Posłaniec Źródła i Matki Ziemi