Dźwięki towarzyszą nam w każdej sytuacji - to banał; ale rzadko myślimy o tym,
że źródłem tego banału jest ruch, czyli po prostu życie. Większość odgłosów,
jakie docierają do naszych zmysłów to wszelkie trzaski, zgrzyty, warkoty, pomruki,
które muzykolodzy ogólnie nazywają szumami. Ich wspólną cechą jest to, że na
dobrą sprawę nie dają się zapisać na pięciolinii, bo nie posiadają określonej
wysokości. Do tej kategorii można też częściowo zaliczyć głos ludzki.
W natłoku szumów czasem zdarza się, że słyszymy dźwięki, których wysokość jest
łatwa do ustalenia i te bez trudu można zapisać za pomocą nut. To one właśnie
nazywane są potocznie muzyką - choć dla muzykologa lub kompozytora są nią również
szumy.
Szumy obecne są w naszym życiu
w o wiele większym wymiarze niż utwory muzyczne, a jednak świadomie nie zwracamy
na nie uwagi. Można powiedzieć, że stapiają się z postrzeganą przez nas rzeczywistością.
Tak na prawdę jednak odpowiadają na nasze podświadome zapotrzebowanie na dźwięki,
w pewnym sensie "harmonizując się" z naszym wewnętrznym szumem. Ich istnienie
zauważamy świadomie najczęściej dopiero wtedy, gdy ich natężenie rośnie powyżej
progu naszej - dla każdego człowieka trochę innej - tolerancji na hałas; albo
gdy milkną lub zostają wyciszone, np. po zamknięciu okna, lub gdy nocą wychodzimy
na spacer po uśpionych ulicach miasta.
W takich sytuacjach czegoś nam w uszach brakuje albo czegoś jest za dużo; wtedy
bowiem okazuje się, że hałas o natężeniu, do jakiego w ciągu dnia nie przywykła
nasza podświadomość, lub zewnętrzna cisza, która nie ma odpowiednika w naszym
wnętrzu, stają się zjawiskami czasem bolesnymi, a czasem kojącymi, ale są czymś
nowym, do czego dopiero trzeba się dostroić lub od czego staramy się odizolować.
Wbrew pozorom
podobnie reagujemy na muzykę.
Wszechświat jest wypełniony dźwiękami. Tworzą one kosmiczny szum. Odgłosów
docierających do nas jako zharmonizowane zgodnie z zasadami muzyki jest bardzo
mało i dlatego właśnie zwracają naszą świadomą uwagę. Próbujemy wówczas nawet
przypisać im określoną rolę. Mówimy, że nas uspokajają albo irytują, wzbudzają
smutek, radość, agresję... Nie wiemy jednak do końca, dlaczego tak się dzieje.
Wiemy, że częstotliwość drgań poszczególnych dźwięków oddziałuje na różne ośrodki
w naszym ciele będące źródłem określonych emocji, ale to tylko część rzeczywistego
stanu. Większości skutków wywoływanych w nas przez muzykę nie jesteśmy świadomi.
Gdy coś nam się w muzyce nie podoba, często nie zdajemy sobie sprawy z tego,
że tak naprawdę nie podobają nam się nasze odczucia, które są rezultatem dysonansu,
jaki powstaje między docierającymi do nas wrażeniami a treściami będącymi głęboko
w umyśle - bardzo często nieuświadomionymi. To one właśnie zostają niejako pokazane
naszej świadomości i nie zawsze lubimy to, co czujemy. Inaczej rzecz ujmując
- nie podoba nam się obraz nas samych poprzez emocje, jakie zostają ujawnione.
Taka nie lubiana muzyka, gdy staje się bardziej znana, nie budzi już tak silnych
wrażeń, mimo że ich rozpiętość nadal bywa spora. Wynika to z tego, że po pewnym
czasie - po osłuchaniu się z utworem - zostają odcięte i wyrzucone wrażenia
przykre, identyfikowane jako negatywne... Nastąpiło
oczyszczenie podświadomości
z pewnych pokładów emocjonalnych. Oczywiście nie liczmy na to, że jest to oczyszczenie
na zawsze. Emocje powracają do nas i oblepiają nas - są jak kurz w powietrzu,
który osiada na naszych ciałach i wciąż trzeba go zmywać. Dlatego dobrze jest
czasem wrócić do utworu, który nam się nie podoba i zastanowić się, jaka to
znów emocja domaga się ujawnienia. Czasem przynosi to lepszy efekt niż zagłaskiwanie
skołatanej duszy muzyką lekkostrawną. Cisza emocjonalna, jaką osiągamy, słuchając
muzyki przynoszącej odprężenie, jest - jak to określił Baguan Śri Radźniś zwany
Ośo - ciszą pielęgnowaną, a nie tą, która przychodzi do nas bez naszej ingerencji
i dzięki temu ma większą wartość.
Oczyszczający - a zatem również terapeutyczny - wpływ muzyki na podświadomość
to zjawiska uznane przez psychotronikę. Wykształciła się dziedzina korzystająca
z wiedzy na ten temat. Jest nią muzykoterapia. Jest rzeczą powszechną, że jej
przedstawiciele bardzo chętnie korzystają z utworów wykonywanych na instrumentach
elektronicznych. Powodów tego zjawiska jest mnóstwo i można by było napisać
na ten temat rozprawę wielokrotnie przekraczającą rozmiary nie tylko tego tekstu,
ale całego magazynu. Z tego względu zwrócę uwagę tylko na jeden aspekt sprawy
- zasygnalizowany zresztą wcześniej.
Oryginalność barw elektronicznie tworzonych dźwięków sprawia, że łatwo je wychwycić
uchem spośród innych - łatwo zatem docierają do naszej świadomości i w konsekwencji
równie łatwo mogłyby ją opuszczać. Tak się jednak nie dzieje - coś sprawia,
że ani oponenci muzyki elektronicznej, ani jej miłośnicy nie potrafią być na
nią obojętni. To nieziemska... wręcz
kosmiczna natura syntetycznych brzmień
- przez oponentów określana jako odhumanizowana - sprawia, że docierają one
do najgłębszych pokładów podświadomości. Rezonans tej ingerencji akustycznej
został w ogromnym skrócie przedstawiony nieco wyżej.
Wielu kompozytorów korzystających z elektronicznych instrumentów często - świadomie
lub nie - pogłębia ten efekt, nadając swoim dziełom formy, w których eksponowane
są elementy mocno wpływające na podświadomość, takie jak kolorystyka, dynamika,
klimat... natomiast melodia, rytm i harmonia, czyli to wszystko, co łatwiej
identyfikuje nasza świadomość, usuwane są na plan dalszy. Co prawda przeniesienie
ciężaru dzieła na stronę impulsów subtelnych odbiera tym utworom szansę na dużą
popularność, ale jednocześnie czyni z nich dobry środek oczyszczający naszą
duszę - może nie zawsze i nie dla każdego przyjemny w użyciu, ale kto powiedział,
że terapia musi być miła? Aspiryna też przecież nie jest słodka, a skalpel w
dłoni chirurga wcale nie służy do łaskotania.
Nie bójmy się zatem stawać oko w oko - a właściwie ucho w ucho - z muzyką elektroniczną
- i to z taką, dzięki której można odlecieć w kosmos. Powrót z tej podróży -
wbrew pozorom - może zaowocować poczuciem twardszego gruntu pod nogami.
Artur Lasoń