Lodowy diament, piękny i zimny
Jak śmierci czarowne berło
Długo szukał drogi do serca
Ognistej komnaty bezsenny strażnik
Tchnieniem czerwonym zabijał
Raz po raz lodowe wcielenia
Strażnika zabrakło, gdy Słońce
Mieszkaniec ognistej domeny
Zakryło twarz rozczarowane
Pustotą lodowej piękności
Oślepione śniegiem jednak
Nie mogło przestać wszędzie
Widzieć białej Nagości
Lodowy diament przemknął
Arterii traktem do serca komory
Lodowca jęzor wśliznął się
Do strażniczej wieżycy
Przygasł pożar pragnień, co trawił
I ku starości pchał młode ciało
Stanęły zegara wskazówki
Słońce utonęło pochłonięte
Lodowym pięknem na nowo
Diament chłodny utkwił
W sercu Słońca, mieszkańcu
Serca komnaty ognistej
Wytchnienie, spokój, zrozumienie
Zalało ciało nowonarodzonej
Zimnej lodowej istoty
O splotach wężowych
Oczach błękitnych i kłach
Co spragnione są wiecznie
Taką mnie chcą,
Taką mieć będą
Zimną lodowa żmiję
Nigdy się nie dowiedzą
Czy sploty moje kryją
Wielką czy małą śmierć
Póki ich nie dotkną.
|